Wiolonczelista, aranżer, kompozytor, reżyser dźwięku, kurator – bez wątpienia Tomasza Pokrzywińskiego można nazwać "człowiekiem renesansu". To określenie pasuje tym lepiej, że na co dzień zajmuje się przecież muzyką dawną.
Choć zainteresowanie muzyką dawną pojawiło się u Tomasza Pokrzywińskiego dopiero na studiach, to już od dzieciństwa nie miał żadnych wątpliwości co do swojej zawodowej przyszłości. Trudno, żeby było inaczej, skoro wychował się w rodzinie o silnych muzycznych tradycjach. Jego rodzice: Maria i Mirosław Pokrzywińscy to wykładowcy Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina.
Text
Tata przez całe życie był klarnecistą w Filharmonii Narodowej i profesorem na uczelni. Natomiast mama jest z wykształcenia kompozytorem i teoretykiem muzyki i z tymi wydziałami była związana jako wykładowczyni. Jej pasją jest harmonia i sposób jej nauczania, który jest ściśle związany z praktyką: nie rozwiązywanie "łamigłówek" i "sudoku", ale granie fragmentów z literatury muzycznej, żeby czuć napięcia harmoniczne z instrumentu, a nie z kartki.
Co więcej, muzyczną ścieżką podążyły także siostry Pokrzywińskiego, a wśród jego przyjaciół i znajomych od najmłodszych lat przeważały dzieci muzyków. Wiolonczelista przyznaje, że wówczas nie znał zbyt dobrze innego świata. Kiedy trafił do szkoły muzycznej I stopnia na ulicy Miodowej w Warszawie, był przekonany, że taka będzie też jego przyszłość, że będzie grał. Podkreśla przy tym, że rodzice wcale nie naciskali, by szedł w ich ślady. Przestrzegali go przed zamykaniem sobie innych zawodowych furtek, przed skazywaniem się na kapryśny los muzyka. I niewątpliwie był to jeden z powodów, dla których Pokrzywiński studia na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina rozpoczął na wydziale reżyserii dźwięku.
Text
Wtedy, to jest ponad dwadzieścia lat temu, dostanie się na Wydział Reżyserii Dźwięku to był szczyt marzeń. To był kierunek owiany legendą i ja nie wierzyłem, że mi się to w ogóle uda. Nie myślałem też, że studiowanie akurat reżyserii dźwięku zamknie mi jakieś ścieżki – przeciwnie. Również dlatego, że jako wiolonczelista nie czułem wielkiej presji, żeby zostać solistą czy dostać się do orkiestry. Te główne ścieżki, które można wybrać po akademii muzycznej nieszczególnie do mnie przemawiały. Nie byłem takim typowym instrumentalistą. Od początku bardziej pociągały mnie alternatywy, choć oczywiście zawsze wokół muzyki. Reżyseria dźwięku na pewno była pragmatycznym wyborem, ale była też wyborem bardzo atrakcyjnym.
Bunt na pustyni
Podczas studiów Pokrzywiński uczęszczał na zajęcia z instrumentu, angażował się też w różne zespoły kameralne i inicjatywy zawiązujące się na uniwersytecie. To właśnie jeden z takich zespołów został zaproszony, by akompaniować klawesynistce podczas jej dyplomu. W ten sposób wiolonczelista poznał profesor Agatę Sapiechę – niestrudzoną propagatorkę muzyki dawnej, organizatorkę kursów muzyki dawnej w Wilanowie, na których wychowały się całe pokolenia muzyków grających na instrumentach historycznych. W warszawskiej uczelni profesor odnajdywała i łączyła ze sobą studentów zainteresowanych wykonawstwem historycznym.
Text
Ściągała do Polski znakomitych artystów z Holandii czy Anglii jeszcze w czasach, kiedy u nas była pod tym względem nieomalże pustynia. Dzięki temu trafiłem na kurs prowadzony przez Jaapa ter Lindena – wiolonczelistę, który jest jednym z filarów holenderskiej sceny muzyki dawnej. I to był na pewno punkt zwrotny. Poczułem, że to jest właśnie taki sposób, w jaki zawsze chciałem grać muzykę. I wtedy przepadłem.
Muzyka dawna od razu wydała się Pokrzywińskiemu atrakcyjna nie tylko ze względu na same kompozycje czy stylistykę wykonawczą, lecz także atmosferę, gromadzących się wokół niej ludzi, sposób ich pracy. Wiolonczelista wyczuł w nich bunt przeciwko status quo uprawianemu we współczesnych orkiestrach i akademiach. Poczuł wolność, którą dało mu zejście z głównej ścieżki kariery, wyczuł twórczy ferment rodzący się podczas spotkań pasjonatów. Zdaniem wiolonczelisty to zaangażowanie, szczera fascynacja udziela się odbiorcom i dlatego koncerty muzyki dawnej szybko zaczęły cieszyć się coraz większą popularnością.
Text
W orkiestrze symfonicznej jest dużo rutyny. Przychodzisz na taki koncert i w najlepszym razie widzisz tam profesjonalistów, a nie pasjonatów. Tymczasem na koncercie muzyki dawnej słuchasz dwudziestu oszołomów, którzy jarają się tym, że są razem na scenie i mogą wydobywać ze swoich dziwnych instrumentów kolory, których wcześniej nie znałeś. I to jest coś, co przyciąga. Ludzie czują, że emocje tych muzyków są po prostu autentyczne.
Praca na Wyspach
Zafascynowany muzyką dawną Pokrzywiński postanowił kontynuować edukację w tym kierunku. Dlatego po studiach w Warszawie wyjechał do Londynu, by studiować tam wiolonczelę barokową w Guildhall School of Music and Drama. Wspomina, że pod okiem Alison McGillivray nauczył się wiele jako instrumentalista, natomiast równie ważna była otwartość tej brytyjskiej szkoły. Pokrzywiński uczęszczał tam na zajęcia z improwizacji, brał udział we wspólnych działaniach ze studentami innych kierunków, a także pracował z twórcami zgłębiającymi tradycyjną muzykę Afryki, Azji i Ameryki Południowej.
Text
Przyleciałem do Londynu, żeby studiować wiolonczelę barokową, a jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłem, był kurs w Gambii, na którym uczyłem się tradycyjnej muzyki różnych plemion Afryki zachodniej, śpiewając, tańcząc i grając na bębnach. To pokazuje, jaka to jest szkoła.
Po obronie dyplomu Pokrzywiński został w Londynie, gdzie podjął kolejne studia, a także związał się z Orchestra of the Age of Englightenment. Początkowo miał tam status stażysty, a po kilku miesiącach zaczął pracować w biurze orkiestry. Jednak po wielu wspólnych próbach i spotkaniach wiolonczelista bywał coraz częściej zapraszany do wspólnych projektów muzycznych. Pokrzywiński brał między innymi udział w trasach koncertowych dyrygowanych przez takie tuzy jak Simon Rattle, Vladimir Jurowski czy Charles Mackerras. W pewnym momencie zrezygnował więc z pracy asystenta menadżera, by w pełni poświęcić się instrumentowi. Jednak doświadczenie zdobyte w biurze orkiestry niejednokrotnie mu się później przydawało. Choćby wtedy, gdy współtworzył Festiwal Strefa Ciszy czy angażował się w projekty Fundacji Muzyka jest dla wszystkich.
Te inicjatywy zajmowały go jednak już po powrocie do Polski. Zanim to się stało, wiolonczelista trafił jeszcze do Cardiff, gdzie został zatrudniony w Royal Welsh College of Music and Drama jako Junior Fellow. W stolicy Walii Pokrzywiński kontynuował współpracę z poznaną w Londynie wybitną skrzypaczką Rachel Podger. W tym czasie zacieśniła się też jego współpraca z orkiestrą Academy of Ancient Music i Richardem Egarrem. Kolejne kooperacje przeradzały się w dalsze zaproszenia i rekomendacje. Czasem dość zaskakujące.
Malutkie motywy, pojedyncze nutki
W takiej kategorii mieści się przypadek niemieckiego lutnisty, który po jednym z kursów w Wielkiej Brytanii zdecydował się polecić Pokrzywińskiego polskiej orkiestrze Arte dei Suonatori. Kiedy wiolonczelista rozpoczynał z nią współpracę w 2008 roku, wciąż mieszkał jeszcze w Wielkiej Brytanii – myślał już jednak o powrocie do kraju. Nie oznacza to bynajmniej, że przestał występować w międzynarodowych składach. Jako uznany wykonawca muzyki dawnej Pokrzywiński funkcjonuje na co dzień w obiegu europejskim, występując m.in. z katowicką {oh!} Orkiestrą i rezydującym w Utrechcie zespołem Holland Baroque. Wielokrotnie współpracował też z zespołami w Danii, Belgii, Niemczech, Francji i Norwegii.
Już jako członek Arte dei Suonatori Pokrzywiński postanowił wykorzystać swoje menadżerskie doświadczenie. Wśród jego pomysłów znalazł się 3x3 Festiwal, w ramach którego orkiestra zapraszała troje artystów niezwiązanych z muzyką dawną i występowała z nimi w trzech różnych miejscach. To właśnie na odbywającym się w ramach tej imprezy koncercie z udziałem DJ-a Lenara pojawił się Paweł Szamburski, współpracujący wówczas z klarnecistą kontrabasowym Michałem Górczyńskim nad repertuarem zaczerpniętym z twórczości średniowiecznego kompozytora Piotra z Grudziądza. Po wysłuchaniu koncertu Arte dei Suonatori Szamburski wiedział już, że ma z Pokrzywińskim do pogadania.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Bastarda Trio, od lewej: Tomasz Pokrzywiński, Michał Górczyński, Paweł Szamburski, fot. Mikołaj Starzyński / materiały promocyjne zespołu
Obrazek
90917149_599008847362766_7498654110132994048_n.jpg
Z tych rozmów wyłoniła się Bastarda – eksperymentalna trio, w którego muzyce mieszają się wpływy muzyki dawnej, jazzowej improwizacji czy współczesnej kameralistyki. Choć swoją nazwę trio zaczerpnęło z wczesnobarokowej techniki wykonawczej, na albumach mierzyło się również z portugalskim fado, japońskimi kołysankami i litewskimi sutartinès. W ciągu zaledwie sześciu lat Bastarda nagrała dziewięć albumów, na których współpracowała m.in. z Holland Baroque, zespołem Sutari i portugalskim artystą João De Sousa.
Z perspektywy czasu przełomem w twórczości zespołu wydaje się album "Ars Moriendi", na którym Bastarda reinterpretuje średniowieczne i renesansowe motety, litanie i pieśni chorałowe o tematyce śmierci i umierania. Płyta ta nie tylko spotkała się z pozytywnym odbiorem mediów i publiczności, ale także wyklarowała sposób, w jaki trio będzie w przyszłości prowadzić dialog z tradycją.
Text
"Ars Moriendi" jest jednocześnie bardzo konceptualna i minimalistyczna w wyrazie. Składają się na nią kompozycje, które są oczywiście dużo bardziej nasze niż Guillaume’a Du Faya czy Cristobala de Moralesa. Z ich utworów są wzięliśmy malutkie motywy, pojedyncze nutki, więc w zasadzie nie da się ich tu rozpoznać. Ten album ustawił nasz tryb pracy w Bastardzie.
Eksperymenty i odkrycia
Począwszy od 2017 roku Pokrzywiński współtworzy także Equilibrium String Quartet, który odkrywa zapomniane perły polskiej XIX-wiecznej muzyki kameralnej. Na koncie kwartetu znajdują się już nagrania utworów Zygmunta Noskowskiego, Władysława Żeleńskiego i Józefa Elsnera.
W 2023 roku ukazała się również płyta "Il Continuo Virtuoso" nagrana przez Pokrzywińskiego w duecie ze skrzypaczką Martyną Pastuszką. To album szczególny, gdyż przybliża muzyczną fascynację artysty, jaką jest realizacja basso continuo na wiolonczeli. Pasję rozwijaną nie tylko z perspektywy instrumentalisty, ale także badacza, gdyż poszukiwania te stanowią przedmiot jego doktoratu.
Text
Okazuje się, że w muzyce barokowej wiolonczela, która była jednym z instrumentów wykonujących partię basso continuo, nie zawsze ograniczała się do grania samej melodii basu. Mogła czasem wzbogacać ją o elementy harmoniczne – trochę tak, jak robi to klawesyn. I teraz pytanie: jak to się działo? Eksperymentowanie na tym polu jest właśnie moją wieloletnią pasją.
Ta potrzeba eksperymentu i odkrywania nowych interpretacyjnych ścieżek spaja bogaty repertuar Pokrzywińskiego. Co nie oznacza oczywiście, że wiolonczelista zaprzestał realizowania partytur, wykonywania kompozycji zgodnie z ich zapisem nutowym. Nawet wtedy jednak w swojej głowie rozkłada je na czynniki pierwsze i zadaje sobie wciąż jedno i to samo pytanie: "a co by było gdyby?".