Rytm życia w kulturze tradycyjnej (wiejskiej, dworskiej, plebejskiej) wyznaczały rytuały, obrzędy przejścia. Ostatnim etapem była śmierć, a uroczystości pogrzebowe odprowadzały zmarłego w zaświaty i pomagały rodzinie oswoić się ze śmiercią. Podczas konania bliskiej osoby obowiązywało milczenie: szeptanie, ciche modlitwy, nerwowe czuwanie. Dopiero kiedy bliski wyzionął ducha, rozpoczynał się lament. Przy ciałach zmarłych, które niegdyś przez wiele dni pozostawały przy żywych, zaczynało się śpiewać.
Spotkajmy się w katakumbach
"We Wszystkich Świętych spotykamy się o 17.00 na Starych Powązkach w katakumbach, śpiewamy barokowe pieśni zegarowe. Te zgromadzenia są bardzo liczne, na Powązkach dobijamy nawet do 1000 śpiewaków" – opowiada Adam Strug, śpiewak, popularyzator i badacz muzyki tradycyjnej. Strug prowadzi spotkania śpiewacze od 1999 roku, uczestniczyć w nich mogą wszyscy chętni do znalezieni swojej barwy i siły głosu. Uczestnicy spotkań śpiewają dla ludzi na Wszystkich Świętych i w Wielką Sobotę (u grobu w kościele pokamedulskim na warszawskich Bielanach pomiędzy 10 a 17).
Spotkania na Powązkach odbywają się od 2012 roku. Śpiewane są tam barokowe pieśni zegarowe, jeszcze do niedawna przekazywane na Mazowszu przez kolejne pokolenia śpiewaków w tradycji ustnej. Powązkowscy żałobnicy proszeni są o zabranie ze sobą świeczek, teksty rozdawane są na miejscu. Widok kilkusetosobowego tłumu zawodzącego dawne pieśni jest niesamowity. Inicjatywa przyciąga rzesze ludzi, często niemających osobistych doświadczeń z obrzędowością i niewierzących.
"To, co nie umiera, nie żyje", fot. Jan Siwicki, materiały promocyjne
Skąd w życiu organizatora zadusznych śpiewów muzyka związana ze śmiercią? Znał te tradycje z dzieciństwa, jak opowiada – zamiast fascynować się kapelami rockowymi, kręciło go to, co przekazywane było w tradycji ustnej. W 1992 roku sam przyłączył się do śpiewaka pogrzebowego w powiecie łomżyńskim, spędził z nim 8 lat.
Później już do nikogo się nie przyłączyłem, nie mam psychicznej gotowości, żeby przeżywać te rozstania. Starzy ludzie mają to do siebie, że umierają. Nazywał się Wincenty Nasiadko, nazywany w swojej społeczności Janem. Był to człowiek skromny, dobry i pobożny. Kiedy do niego przyszedłem, mniej więcej znałem już te pieśni. Uczyłem się jego wariantów i wszedłem w świat praktyki śpiewów pogrzebowych, która jest praktyką ciągłą. Jego umiejętności i wiedza była na tyle duże, że proszony był do wiosek w całej parafii (Nowogród, diecezja łomżyńska). Czasami kilka razy w tygodniu jeździliśmy na śpiewane noce przy zmarłych, do tego pochówek. Nieraz były to długie maratony, kilka nocy z rzędu, na przykład od Wielkiego Czwartku do mszy rezurekcyjnej, trzy noce.