Arnold Rutkowski sam przyznaje, że do kariery w międzynarodowym świecie operowym nie wystarczy ani talent, ani nawet wymierne osiągnięcia. Potrzebny jest jeszcze łut szczęścia. Tego śpiewakowi z pewnością nie zabrakło, a ponieważ jego tenor wciąż się rozwija i odsłania nowe, często niespodziewane barwy, krytycy wróżą śpiewakowi nie tylko piękną, ale i długą karierę.
Urodził się w Łodzi i w dzieciństwie miał tylko jedno marzenie: dostać kiedyś w prezencie motorynkę. Z nauką śpiewu nie miało to nic wspólnego – ale Arnold bez muzyki obejść się nie potrafił i od małego powtarzał wszystkie zasłyszane w radiu melodie, od piosenek Steviego Wondera po arie operowe. Kiedy skończył lat siedem i rodzice zabrali go do Teatru Wielkiego na "Straszny dwór", w drodze powrotnej do domu wyśpiewywał na cały autobus refren z duetu Zbigniewa i Stefana na przemian z arią Skołuby. O tym, że jest tenorem, upewnił się na dobre dopiero na studiach u dysponującego tym samym fachem wokalnym Jerzego Wolniaka oraz u bas-barytona Włodzimierza Zalewskiego w łódzkiej Akademii Muzycznej. Szczęście zaczęło się do niego uśmiechać jeszcze przed dyplomem, kiedy po raz pierwszy wyszedł na prawdziwą, choć maleńką scenę Rønne Theater na duńskim Bornholmie – jako Ferrando w "Così fan tutte" Mozarta. Dziś pewnie śmieje się w kułak, że Polska poznała jego głos już w 2003 roku, i to nie za sprawą II nagrody na majowym Międzynarodowym Konkursie Wokalnym im. Ady Sari w Nowym Sączu, tylko dzięki pewnej reklamie telewizyjnej. Cały kraj śpiewał "Mała dla nas jest Europa, Atlas sklei cały świat", a nikt nie mógł rozpoznać wykonawcy. Nawet Dorota Szwarcman, która przyznała się do błędu, publikując później eleganckie sprostowanie na łamach "Polityki": "W artykule «Radość z ody» popełniłam pomyłkę, wskazując na Jacka Wójcickiego jako wykonawcę dowcipnej reklamy znanego kleju, wykorzystującej Beethovenowską «Odę do radości». W istocie śpiewa ją młody tenor Arnold Rutkowski, student Akademii Muzycznej w Łodzi. (…) Artystę bardzo przepraszam i przy okazji gratuluję".
Na pierwsze sukcesy trzeba było jednak poczekać. Rutkowski po ukończeniu studiów nie dostał angażu w Teatrze Wielkim w Łodzi i musiał szukać szczęścia gdzie indziej. Znalazł je w 2006 roku w Operze Wrocławskiej. Ówczesna dyrektor Ewa Michnik z miejsca rozpoznała drzemiący w nim potencjał i pozwoliła mu go rozwijać w partiach pierwszoplanowych. We Wrocławiu młody tenor zadebiutował w partii Alfreda w "Traviacie", u boku znakomitej Jolanty Żmurko, która roztoczyła nad nim dalszą opiekę wokalną. Rozpoczął też współpracę z warszawskim Teatrem Wielkim-Operą Narodową: w głośnej "Cyganerii" Pucciniego w reżyserii Mariusza Trelińskiego wcielił się w Rodolfa, który w przyszłości miał stać się jedną z jego popisowych ról. W styczniu 2009 wystąpił jako Don José w "Carmen" Bizeta, w Teatro Comunale Modena, wzbudzając uznanie włoskich krytyków, którzy jednomyślnie chwalili jego ciepły, urodziwy, doskonale postawiony głos.
W maju tego samego roku zwyciężył w I Europejskim Konkursie Tenorów im. Jana Kiepury, zorganizowanym w Sosnowcu, rodzinnym mieście słynnego śpiewaka. Wygraną przeznaczył na realizację marzenia z dzieciństwa, tylko już w "dorosłym" wydaniu: kupił sobie sportowy motocykl. Miał powody do radości i dumy. W zmaganiach wzięło udział 18 artystów, werdykt wydało jury, w którego skład, oprócz przewodniczącego Wiesława Ochmana, weszli także Zdzisława Donat, Jadwiga Romańska-Gabryś i Bogdan Paprocki. Wrota do prawdziwej kariery uchylały się coraz szerzej. W czerwcu 2009, na deskach łódzkiego Teatru Wielkiego, do którego Rutkowski bezskutecznie aspirował jako świeżo upieczony absolwent Akademii, wystąpił Plácido Domingo. Już wcześniej doszły go słuchy o świetnie rokującym tenorze z Opery Wrocławskiej. Pod koniec koncertu galowego "zaprosił na scenę Polaka Arnolda Rutkowskiego, którego talent, jak przyznał, zrobił na nim wrażenie. I razem zaśpiewali popularną pieśń «Non ti scordar di me». Dla młodego tenora to ogromna nobilitacja. Oby Arnold Rutkowski poszedł w ślady wielkiego Dominga i rozsądnie jak on pokierował karierą", pisał później Jacek Marczyński. Śpiewak nie zawiódł jego oczekiwań: we wrześniu 2009 roku na prestiżowym konkursie Operalia dostał nagrodę specjalną CulturArte. Spośród ówczesnych laureatów rozgłos w świecie operowym zdołali utrzymać tylko on i amerykańska sopranistka Angel Blue, zdobywczyni II nagrody.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Arnold Rutkowski w jednej ze scen przedstawienia "Goplana" w reżyserii Janusza Wiśniewskiego, Teatr Wielki - Opera Narodowa, 2016, fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska/East News
Obrazek
goplana_twon_en_01229572_0014.jpg
Dalsza kariera Rutkowskiego potoczyła się już gładko. Włoski sukces w partii Don Joségo śpiewak natychmiast zdyskontował za Oceanem, m.in. w Phoenix Opera. W 2010 ruszył na podbój scen niemieckich, zbierając doskonałe recenzje w Dreźnie (jako Rodolfo w "Cyganerii"), Stuttgarcie (Turiddu w "Rycerskości wieśniaczej" Mascagniego), Hamburgu (Książę Mantui w "Rigoletcie") i Staatsoper w Berlinie (Leński w "Eugeniuszu Onieginie"). W 2015 roku zaśpiewał Vodemonta w "Jolancie" Czajkowskiego w paryskiej Opéra Garnier, u boku Sonyi Yonchevy (spektakl w reżyserii Dmitriego Tcherniakova i pod batutą Alaina Altinoglu dwa lata później ukazał się na płytach DVD). W 2017 zadebiutował jako Pollione w "Normie" Belliniego (w TW-ON, z Editą Gruberovą w partii tytułowej). W roku 2019 dostał wymarzony angaż w Royal Opera House w Londynie, znów jako Don José w "Carmen". Po dobrze przyjętej "Katii Kabanowej" Janáčka w Grazu (2023), szykuje się do jesiennych występów w partii Don Carlosa w operze Verdiego w Łotewskiej Operze Narodowej w Rydze, w nowej produkcji Clausa Gutha, we współpracy z neapolitańskim Teatro di San Carlo.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Arnold Rutkowski w jednej ze scen przedstawienia "Król Roger" Karola Szymanowski w reżyserii Mariusza Trelińskiego, 2018, Teatr Wielki - Opera Narodowa, fot. Bartosz Krupa/East News
Obrazek
arnold_rutkowski_krol_roger_en_01351560_0007.jpg
Nie stroni też od muzyki polskiej. W Stefana w "Strasznym dworze" wcielił się dziesiątki razy, między innymi w Operze Wrocławskiej, Operze Śląskiej w Bytomiu i Teatrze Wielkim-Operze Narodowej w Warszawie. Brał też udział w wykonaniu i nagraniu opery Moniuszki dla Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, podczas 14. Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego "Chopin i Jego Europa" (2018) z Orkiestrą XVIII Wieku pod dyrekcją Grzegorza Nowaka. W 2016 roku, pod tą samą batutą, śpiewał Kirkora w warszawskiej inscenizacji "Goplany" Władysława Żeleńskiego w reżyserii Janusza Wiśniewskiego – pierwszej po blisko siedemdziesięcioletniej nieobecności utworu na scenach operowych. Spektakl był później retransmitowany na platformie internetowej Operavision, a w roku 2017 został uhonorowany statuetką International Opera Awards w kategorii Rediscovered Work. Rok później dwukrotnie zmierzył się z partią Pasterza w "Królu Rogerze" Szymanowskiego: w wykonaniu koncertowym we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki, pod batutą Jacka Kaspszyka, w ramach obchodów stulecia odzyskania niepodległości; później zaś w kolejnej produkcji Mariusza Trelińskiego w TW-ON, przygotowanej pod kierownictwem Grzegorza Nowaka. W roku 2022 wytwórnia DUX opublikowała płytę CD z nagraniem oratorium "Die Heimkehr des verlorenen Sohnes" ("Powrót syna marnotrawnego") Feliksa Nowowiejskiego przez Orkiestrę Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej i Chór Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie pod dyrekcją Piotra Sułkowskiego, z udziałem Agnieszki Rehlis, Arnolda Rutkowskiego i Tomasza Koniecznego. "Świetnie dobrane głosy solowe w długich monologach malują śpiewem złożone autoportrety. Ich sumą jest zrozumienie, wybaczenie i akceptacja, a wszystko to wyrażone muzyką, która brzmi zaskakująco świeżo i efektownie", pisała Hanna Milewska w recenzji dla magazynu audiofilskiego "Hi-Fi i Muzyka".
Przez kilkanaście lat od pierwszych sukcesów za granicą głos Arnolda Rutkowskiego przeszedł metamorfozę z lekkiego, jasnego tenoru lirycznego w stronę ciemniejszego, wciąż jednak pełnego blasku w górnym rejestrze tenoru spinto. Zmienił się też sam artysta: spoważniał, okrzepł, odstawił w kąt motocykl i zaczął dojeżdżać na próby hulajnogą. Wciąż jest "tenorem z przyszłością", jak określił go niegdyś Marczyński. Dokąd poprowadzi go łut szczęścia, dzięki któremu wdarł się przebojem w wielki świat opery, przekonamy się w nadchodzących sezonach.