Kontrast dla nich stanowiła grupa angielskich marynarzy (brodatych „neptunów”), wyłowionych przez Niemców z okrętu handlowego u brzegów Skandynawii, a reprezentujących kraj, który podjął rękawicę i walczy z Rzeszą (ciekawe, czy walczyłby, gdyby leżał tam, gdzie Francja). „Mówią: – Ooo! – spokojnie i bez zdziwienia”, kiedy słyszą, że nie dostaną jedzenia. Nie mają pretensji do głównego bohatera, któremu przypadła rola nakładania tłuczonych kartofli ze zbyt płytko wypełnionego gara. Uosabiają twardość i życiowe doświadczenie, a w ożywczą energię wyposaża ich towarzysząca im gromada chłopców okrętowych, którzy udowadniają swą młodość, biegając głośno po schodach. Anglicy imponują wreszcie narratorowi nieświadomym (a więc nieudawanym) poczuciem wyższości. Żaden Polak, Francuz czy Niemiec, a jedynie młody Syd Dumbton mógł zgodzić się, za odpowiednią opłatą, na wypastowanie butów wrogiemu żołnierzowi (jednemu z niemieckich nadzorców) „bez żadnej ujmy dla siebie i całego imperium” – tak głęboko zakorzeniona była w nim arystokratyczna pewność siebie.
W Jeziorze nie brakuje opisów mentalności niemieckiej. Nadzorcom daleko do stereotypowych nazistów, nie stosują kar cielesnych i nie indoktrynują. Są wprawdzie dumni ze zwycięstw swojego narodu, ale niektórzy woleliby już wrócić do domu. Wszyscy za to, skoro już tu są, próbują utrzymać w szkole porządek, to jest ich główna potrzeba mentalna. Dygat operuje stereotypami, ale nie sądzę, żeby to umniejszało jego obserwacje, jeśli mu wierzyć, pamiętnikarskie. Stereotypy to realna wiedza społeczna, bez której nie da się obejść (nie można mieć na wszystko reprezentatywnego badania socjologicznego), przy czym wiadomo, że jednostka ze stereotypem nie pokryje się w całości i wypada ją rozpatrywać w relacji.
Chyba że jest się Klausem, opiekunem sali jadalnej, którego „niemiecka konstrukcja łba nie może w żaden sposób zasymilować faktu, że miało zostać nakarmionych trzysta osób, a zostało tylko dwieście dwadzieścia”. Porządek świata uległ załamaniu, Klaus zaczyna drżeć i blednie, „nie dziwi się dezorganizacji sali: wobec tamtego okropnego zdarzenia jest to tylko konsekwentny krok naprzód w waleniu się świata”. Musi jednak uspokoić guwernantki, jego groźby przynoszą w końcu efekt, a on znajduje ulgę w okrzyczeniu kucharzy, ponoszących odpowiedzialność za „przeraźliwe niedoliczenie”. Ciekawe, że ten bardzo zabawny opis obsesji funkcjonalności znajdzie rozwinięcie w zapiskach z pobytu w Berlinie, prowadzonych dwadzieścia lat później przez dawnego mentora Dygata (Witold Gombrowicz, Dziennik 1961-1969, Kraków 2024, s. 157-164).
Polska?
Punktem odniesienia dla refleksji nad innymi narodami pozostawała polskość. Przy Niemcach sprawa była prosta, Polacy reprezentowali dobro. U Anglików mogli podziwiać zdolność do dystansu i samokrytyki, choć dla dorobkiewicza droga do tego była długa. Z kolei na francuskim tle kraj nad Wisłą miał świecić przykładem heroizmu, bo zachował moc robienia rzeczy głupich i wzniosłych, a nie wykalkulowanych. „Polska wie, niestety, jak kobieta dręcząca się w gorsecie, że jej z tym do twarzy”, jej siłą jest męczeństwo i zmartwychwstanie.
To wywołuje kwestię tomów trzech wieszczy, które rozgorączkowany bohater przez kilka dni czyta w alkowie młodej Francuzce o imieniu Suzanne. Tradycyjny polski romantyzm, spleciony z uczuciem do kobiety, pozornie składa się na główny problem Jeziora. Seans poetycki, dzięki któremu narrator rozkochuje w sobie Suzanne, jest beztreściowy. Zarówno wyimki z wieszczów (w zasadzie z Mickiewicza), jak też komentarze lektora, budują jedynie aurę: mowa jest o bohaterstwie, idei, duchowości.