Zauważalność narratora
Historia Karnawału osnuta jest wokół pobytu polskiego pisarza w Niemczech w latach 60. Wracając z Paryża, decyduje zatrzymać się w Monachium, aby odebrać wynagrodzenie od niemieckiego wydawcy i odwiedzić dawnego przyjaciela. Czas i miejsce akcji mają ograniczone znaczenie, kreują kontekst przebywania za granicą. Jest luty, karnawał, przyjaciel zabiera pisarza do eleganckiego lokalu, gdzie przysiadają się do stolika zajmowanego przez miejscową polonię.
Był [tam] jeszcze facet z Polskiego Radia w Warszawie, którego znałem z widzenia. Od pierwszej chwili nie zwracaliśmy na siebie uwagi. Jest coś zdumiewająco żenującego w spotkaniu dwu Polaków z kraju, szczególnie z pokrewnej branży i szczególnie znających się z widzenia, pośród emigracyjnych rodaków. Trudno mi to wytłumaczyć.
Dygat miał dar do prozy. Umiał stopniowo odsłaniać wydarzenia, przeplatać psychologicznymi szkicami bohaterów i obserwacjami, które ,,trudno wytłumaczyć”, a jednak czujemy, o co w nich chodzi. Jeśli niewymuszony styl, w jakim przemieszczał się pomiędzy tymi poziomami, wyciągając wielkie wnioski z małych rzeczy (bądź na odwrót), nazwać niezauważalnym sposobem pisania – jak uczyniła to biografka, Lidia Sadkowska-Mokkas (Dygat Pan, Warszawa 2020) – to w takim sensie, że w jego opowieści nie wyczuwa się ,,sposobu pisania”. Jakby nie stał za nią proces wymyślania. Autor Karnawału był zresztą przekonany, że wartościowa literatura zawsze wywodzi się z rzeczywistych przeżyć pisarza (por. A. Dziembaj, Rozmawiamy z autorem „Karnawału”, „Kurier Polski” 1968, nr 226), a w takim rozumieniu pozostawał on bardzo widoczny w omawianej książce.
Narrator Karnawału i Jeziora Bodeńskiego to jedna osoba, a Jezioro to powieść otwarcie autobiograficzna, zdająca relację z kilku miesięcy spędzonych przez Dygata w Konstancji jako internowany w 1940 roku przez Niemców obywatel zachodni (miał francuskie obywatelstwo). Szkoła zamieniona na obóz o bardzo łagodnym rygorze posłużyła jako sceneria dla spóźnionego debiutu literackiego, powieści z ducha ferdydurkicznej, bo za główny problem obierającej prawdy i fałsze polskiej kultury. Dygat przyznawał, że fabułę oparł na własnych przeżyciach, choć nie wszystko, co w niej zawarł, przydarzyło się właśnie jemu. Z tym zastrzeżeniem można podchodzić do narratora Karnawału (napisanego również w pierwszej osobie), który po kilku dniach w Monachium jedzie do Konstancji i wraca do „szkoły” nad jeziorem. Wiadomo, że Dygat wrócił tam naprawdę (por. W. P. Szymański, Rozmowa ze Stanisławem Dygatem, „Tygodnik Powszechny” 1965, nr 28), nie wiadomo jednak, czy towarzyszyły mu Danka i Suzanne, obok narratora główne bohaterki Karnawału.
Ilustracja Franciszka Starowieyskiego z książki „Karnawał”, autor: Stanisław Dygat, 1968, wydawnictwo PIW, reprodukcje: Jan Czempiński
Polska, znowu
W zapowiedziach i komentarzach recenzenckich krążyły oceny, że to mit polskości jest pomostem między Jeziorem a Karnawałem. Tak rzeczywiście było, choć w pisanym przez 50-letniego Dygata Karnawale ujawnia się, co zostaje z tego zainteresowania, a może co zawsze było jego motorem napędowym. Główny bohater (również 50-letni polski pisarz), oprócz znajomego z Polskiego Radia, spotyka w monachijskim barze dwudziestoletnią Dankę, Polkę wychowaną na emigracji w kulcie ojczyzny, której nigdy nie widziała. Bohater opowiada jej o Polsce przez większość nocy i przy kolejnych spotkaniach. Szybko uświadamia sobie, że jego historie mają ukryte znaczenie.
Najprościej mówiąc, wynikają z metryki. Kto przeżył pół wieku, ten w mało co wierzy. Rozumie mechanizmy społecznych złudzeń, rozpoznaje trajektorie relacji międzyludzkich, a także własne emocje pośród nich. Wie, że w historii kultury wszystkie pytania i odpowiedzi już padły, i że taka wiedza nie chroni człowieka od rozpoczynania identycznych poszukiwań i przykrywania bezsiły tą samą ironią. Narrator jest „dość przeciętnym człowiekiem, który popełnia w życiu drobne świństwa, który stracił ideały i jest gotów najwyżej teoretycznie o nich rozprawiać, ale nie ma już sił, by włączyć się w jakąkolwiek wielką i dumną sprawę”. Ponad dwadzieścia lat wcześniej, w trakcie okresu internowania w Konstancji, za taką sprawę uważał ojczyznę. Teraz rozumie, że tamta polskość – której pozy na kartach Jeziora Dygat dekonstruował z pasją neofity pragnącego wyplenić wątpliwe elementy z przyjętej wiary, aby cieszyć się nią w sposób czysty – nigdy nie istniała, a została wmówiona społeczeństwu przez wieszczów, których święte księgi „już dawno należało spalić publicznie”.