„O czym rozmawiają? Bardzo rzadko o polityce, przeważnie obgadują mężczyzn [...] trochę w taki sposób, w jaki obgaduje się panujących”, odnotowywała bohaterka. Żony adwokatów, profesorów i polityków nie dyskutowały o swoich zainteresowaniach, tylko narzekały na głupotę, rozpustę i przekupność mężów. Dotyczyło to także ojca Krystyny, któremu daleko było do „panowania” w swoim domu, ale jako żywiciel rodziny zyskał na znaczeniu w 1956 roku. Rozbudzony w nim entuzjazm do działania politycznego spotkał się z przerażeniem matki, która „płakała, jęczała i prosiła ojca, żeby nie zapominał, że ma dwoje nie zaopatrzonych dzieci, żeby się zlitował nad nią i nad nimi i nie robił żadnych głupstw, bo sam niczego nie zrobi, a nas i siebie pozabija”. Swoją postawą matka potwierdzała izolację kobiet od świata polityki – z czym historycznie trudno dyskutować – wywierając także na ojca ten rodzaj emocjonalnej presji, który do dzisiaj stawia się jako przykład sprawczości kobiety w konserwatywnej rodzinie (rządzącej z tylnego siedzenia, ale pozwalającej mężczyźnie czuć, że to on decyduje).
Dla omawianej książki najważniejsze było to, że matka posługiwała się racjonalnym argumentem: „mówiła, że trzeba być dzieckiem, aby mieć jakieś złudzenia na temat tego, jaki będzie koniec tej całej historii, błagała ojca, żeby się do niczego nie mieszał, ani po jednej, ani po drugiej stronie”. Nie wiemy, ile było jej zasługi w tym, że mąż wyszedł z całego zamieszania z awansem na dyrektora elektrowni (a rodzina z funduszami na remont mieszkania) – ale na pewno, sugeruje autor, kobieta przeciwstawiła życiowy rozsądek męskiemu zdziecinnieniu.
Mężczyzna jak dziecko
Dziecko w mężczyźnie Filipowicz, oczami Krystyny, dostrzega w różnych sytuacjach. Niedługo do ojca dołącza mąż Roman – razem upijają się na weselu, sprośnie tańczą i śpiewają, według Krystyny: „dno kompletne”. Wnioski ze wspólnego życia z habilitującym się na Politechnice Warszawskiej inżynierem pójdą w podobnym kierunku. Roman okazuje się nie mieć tajemnic, trochę czyta, czasem patrzy bezmyślnie w okno, dłubie w nosie. Mlaska, zajadając się tatarem, robi głupią minę, gdy nie wie co powiedzieć. Kiedy mają iść do kina, ślęczy nad swoim motocyklem i traci poczucie czasu. „Z wysokości pierwszego piętra ten mężczyzna, który jest moim mężem, wydaje się chłopaczkiem i mam do niego w tej chwili taki stosunek, jaki prawdopodobnie będę miała do syna, jeśli zechcę mieć dzieci – trochę macierzyński, a w ogóle to lekceważący”, notuje wówczas Krystyna w pamiętniku. Do kina pójdzie sama.