Początkowo może się wydawać, że głównym antagonistą w filmie – tym, kto staje na drodze do szczęścia młodym – jest właśnie surowy lekarz. Sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana, bo właściwie wszystkie związki międzyludzkie okazują się w "Placu Waszyngtona" klatką. Bohaterowie eksploatują innych, by dać upust własnym potrzebom – czy to materialnym, czy emocjonalnym. Młody mężczyzna marzący o wygodnym życiu, pogrążony w żałobie ojciec, czy nawet spragniona wrażeń opiekunka – wszyscy traktują Catherine instrumentalnie, wyznaczają jej określone role i nie zwracają większej uwagi na indywidualność kobiety. Właśnie z uwagi na tę relację między ja a Innym "Plac Waszyngtona" może wydawać się dziełem z ducha Gombrowiczowskim. Sama reżyserka przywoływała twórczość autora "Ferdydurke" wskazując na postać Catherine, która przez długi czas żyje z "gębą" narzuconą jej przez ojca. "Plac Waszyngtona" opowiada o dojrzewaniu kobiety, o uwalnianiu się spod spojrzenia innych i wytyczaniu własnej drogi życiowej.
Film Holland oparty jest na bardzo interesującej grze ze strukturą melodramatu. Reżyserka nie tworzy parodii ani pastiszu gatunku, ale jednocześnie podważa jego niepisane zasady. Jennifer Jason Leigh, która gra postać nieszczególnie atrakcyjną, chorobliwie nieśmiałą i niezręczną (niekiedy wręcz na granicy slapsticku), w niczym nie przypomina pięknych i urokliwych heroin z hollywoodzkich melodramatów. Co najważniejsze, choć uczucia Catherine nie zostają zakwestionowane, to jednak film odchodzi od sentymentalnej narracji opiewającej miłość jako najważniejszy cel dążeń bohaterów. Finał opowieści można uznać za optymistyczny, jednak niewiele ma on wspólnego z happy endami znanymi z klasycznych dzieł gatunku.
Kwestionując schematy, Holland nie zaniedbuje akcesoriów kina kostiumowego – reżyserka wraz ze swymi współpracownikami zadbała o szczegóły i wykreowała sugestywną atmosferę epoki. Z powodu ograniczeń finansowych zdjęcia nie mogły być kręcone w Nowym Jorku, dlatego tytułowy plac Waszyngtona został odtworzony w Baltimore. Scenograf Allan Starski wspominał, że mieszkańcy dzielnicy, gdzie nagrywano film – uznawanej za wyjątkowo niebezpieczną – tak zachwycili się dekoracjami, że prosili, by nie demontować ich po zakończeniu produkcji. Ważnym elementem narracji jest także praca kamery kierowanej przez Jerzego Zielińskiego, która dynamizuje historię i przełamuje teatralność dziewiętnastowiecznego romansu.