Obrany wcześnie kierunek Okuń rozwijał właściwie do końca, mieszając inspiracje, ale nie dokonując większych wolt stylistycznych. W międzywojniu jego nazwisko stało się wręcz synonimem sztuki fin de siècle’u. Artysta cieszył się wówczas w Polsce mocną pozycją, w powszechnej świadomości jego sztuka jednak stawała się świadectwem minionej epoki. Jak pisała Małgorzata Biernacka, to wraz ze śmiercią Okunia w roku 1945 skończyła się symbolicznie epoka Młodej Polski. Już w momencie malowania obrazu "My i wojna" był on jednak jednym z ostatnich przedstawicieli odchodzącego świata. Wielka Wojna, a po niej rewolucja październikowa znaczyły definitywny kres belle époque, a wraz z nią nie tylko społeczno-politycznego ładu panującego w Europie przełomu wieków, ale i krajobrazu artystycznego. Okuń zaczynał prace nad płótnem we Włoszech, w czasie, gdy kresu dobiegała wyniszczająca wojna, rodził się faszyzm, a w Rosji trwała rewolucja, kończył zaś w niepodległej już Polsce, krótko po wojnie polsko-bolszewickiej, marszu na Rzym Mussoliniego i zamachu na Gabriela Narutowicza 16 grudnia 1922 roku, którego jako wiceprezes Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych był bezpośrednim świadkiem – to on zresztą podtrzymał ciało upadającego prezydenta.
Podczas gdy wojenne traumy znajdowały ujście w gwałtowanych formach, zgrzytliwych kontrastach barwnych i surowej kresce ekspresjonistów, Okuń konsekwentnie pozostawał okopany na objętych za młodu pozycjach estetycznych. Fowizm i futuryzm budziły jego gwałtowny sprzeciw, równie niechętny pozostawał nawet sztuce Cézanne’a. I choć obraz "My i wojna" odnosi się do egzystencjalnego dramatu związanego nie tyle z wewnętrznymi przeżyciami, a realnymi i drastycznymi wydarzeniami politycznymi, wyrażone one zostały konsekwentnie językiem symbolizmu i secesji, nie odbiegającym daleko od takich obrazów, jak powstała około 1900 roku "Walka Dobra i Zła" – stylizowana, dekoracyjna kompozycja przedstawiająca starcie sił jasności i ciemności w postaci konnego pojedynku rycerzy w stylizowanych na średniowieczne zbrojach. "My i wojna" to zatem unikatowa próba opowiedzenia o grozie wojny językiem ukształtowanym w świecie, który wydawał się jeszcze stabilny i uporządkowany. W kryjących się pod obszernym płaszczem jak pod tarczą postaciach wyraźnie odbija się przy tym perspektywa samego Okunia – nie jednego z tych artystów, którzy trafili na front i z pierwszej ręki poznali koszmar okopów, a mieszkającego w Rzymie i podróżującego po Europie twórcy z dystansu obserwującego rozpad swojego świata.