To nie było polskie Stonewall. Hiacynt, czyli lekcja queerowej (nie)emancypacji
Niesławna operacja Hiacynt z lat 80. uważana jest za jedno z najważniejszych wydarzeń w historii polskiego queeru. Oficjalnie motywowane ochroną osób homoseksualnych przed „elementem kryminogennym” nękania gejów przez milicję były rażącym nadużyciem władzy. Dziś natomiast okazują się istotną, ale problematyczną cezurą dla społeczności LGBTQ+.
O Hiacyncie (1985–1987) pamięta się jako o momencie formatywnym dla całego pokolenia. To wówczas, na przekór represjom powstać miał zaczyn polskiego queerowego ruchu emancypacyjnego. Bez wątpienia dla wielu aktywistów Hiacynt był sygnałem do działania – nawet jeśli sygnałem negatywnym. Niemniej, centrowanie milicyjnej operacji jako punktu założycielskiego dla polskiego queeru okazuje się dziś szalenie problematyczne. Zmęczeni martyrologicznymi, heroicznymi narracjami potrzebujemy narracji wzmacniających, skupionych nie na queerowej krzywdzie, lecz na życiu; nie na poniżeniu – lecz na radości i rozkoszy. I wreszcie: potrzebujemy nowej optyki, innej niż ta, w której dla nieheteronormatywności przewidziane jest jedynie miejsce pasywnej ofiary zdarzeń i procesów.
Żeby zaprojektować taką przyszłość, musimy najpierw cofnąć się – i to nawet dalej niż do lat 80. Tylko jak zacząć opowieść, w której węzły integralnie wszyta jest mitologiczna fantazja, nietrwałe wspomnienia, homofobiczny upór władz i najzwyklejsze uprzedzenia?
Jak zaczął się Hiacynt? – problemy z ramą
Opowieść można by zacząć na co najmniej cztery sposoby. Pierwszy, najwierniejszy gatunkowym wymogom kryminału – zaczęło się od morderstwa, a nawet od całej ich serii. Zgodnie z wyliczeniami publicystów z lat 80. między 1975 a 1985 rokiem doszło do ponad 80 morderstw, w których istotną rolę odgrywała homoseksualność ofiary. Według wyobrażeń Milicji Obywatelskiej wyglądało to najczęściej tak: mężczyzna w średnim lub starszym wieku udawał się do publicznego szaletu, baru albo na pikietę (miejsce spotkań i seksu homoseksualnych mężczyzn), skąd wracał do domu z jednym lub więcej młodszym chłopakiem. Ten z kolei szybko orientował się w tym, co w mieszkaniu może mieć większą wartość, ogłuszał lub zabijał ofiarę, nad którą miał wyraźną przewagę fizyczną, i uciekał z co cenniejszymi przedmiotami. Służbom MO incydenty te były szczególnie nie w smak – w branżowych czasopismach, takich jak „W Służbie Narodu” czy „Prawo i Życie”, milicjanci ubolewali nad niską wykrywalnością sprawców, podyktowaną też tym, że sami geje nie ufali funkcjonariuszom na tyle, aby zgłaszać przestępstwa, których padli ofiarą. Stąd też wziął się pomysł, aby środowiska LGBTQ+ objąć operacją opiekuńczą, czy wręcz opiekuńczo-wychowawczą.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Blokada warszawskiego ronda przez Milicję Obywatelską (MO) przeciwko protestom NSZZ Solidarność, 1981, fot. Grzegorz Rogiński/PAP
Obrazek
Palac-Mostowskich-81-pap_19810801_055.jpg
Drugi, mniej widowiskowy, choć może i bardziej samarytański sposób rozpoczęcia historii: AIDS. Szerząca się – jak sądzono – przede wszystkim wśród homoseksualnych mężczyzn nowa choroba (w Polsce pierwsze przypadki zakażenia HIV wykryto w 1985 roku, a pierwsze zachorowanie na AIDS rok później), brak leczenia, a także działań profilaktycznych i edukacyjnych – mówimy o czasach, kiedy w Polsce nie działała ani jedna organizacja osób nieheteronormatywnych – to wszystko miało skłonić milicję do działań, które zabezpieczyłyby potencjalne ofiary choroby i zdusiły epidemię w zarodku.
Trzeci sposób – tym razem w duchu teorii spiskowej. „Przyznaję, to bardzo kontrowersyjna teoria: Hiacynt mógł być także formą ukłonu wobec kleru. Kościół nie akceptował i nie akceptuje homoseksualizmu. Władza mówi: patrzcie, zabieramy się za nich, nie jesteśmy tacy źli” – mówił anonimowy oficer służb w artykule Jakuba Stachowiaka i Anny Dąbrowskiej w „Polityce” (2005, nr 43). Operacja Hiacynt byłaby więc próbą zażegnania konfliktu między partią a Kościołem – szczególnie intensywnego właśnie w latach 80. Choć wyjątkowo kuszące, do tego otwarcia opowieści nie należy się zbyt przywiązywać. Jak zauważają Szymon Niemiec i Jacek Adler, działacze LGBTQ+, Hiacynt uderzał również w Kościół. „Także wśród księży było sporo gejów szantażowanych z tego powodu. Kościół o tym doskonale wiedział. Nie mógł więc akceptować Hiacynta” – komentują w „Polityce”.
I wreszcie czwarta wersja, nie do uniknięcia w jakiejkolwiek historii z ostatniej dekady PRL. Zaczęło się od… „Solidarności”. Przesłuchania gejów miałyby w tym scenariuszu pozwolić na głębszą infiltrację środowisk opozycyjnych. Nie bez znaczenia był fakt, że służby homoseksualność niejednokrotnie wykorzystywały jako najbardziej kompromitującego asa w rękawie. Waldemar Zboralski, działacz na rzecz praw osób LGBTQ+ przesłuchiwany w czasie operacji Hiacynt, wskazuje, że może z tego powodu do dziś status „różowych teczek”, czyli materiałów zgromadzonych podczas akcji Hiacynt, jest niejasny – do tego stopnia, że rozproszone są pomiędzy IPN-em a Wojewódzkimi Komendami Policji, a dostęp do nich jest utrudniony, jeśli nie niemożliwy. „Dopóki ważne dziś osoby, którym je założono, nie umrą, teczki nie ujrzą światła dziennego” – ocenia w artykule Rwanie hiacyntów Mikołaja Milckego z „Polityki” (2015, nr 48).
Żadna z tych czterech opcji nie jest wyczerpująca – do operacji Hiacynt doprowadził splot wielu okoliczności, a te wskazane powyżej były zaledwie przyczynkami do dużo bardziej rozbudowanych i złożonych historii. Z większą pewnością za to można już opisać przebieg samej akcji. Hiacynt był realizowany w dniach: 15–17 listopada 1985, 26–27 września 1986, 16–17 października 1987 roku. Od rana funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej nachodzili gejów w ich mieszkaniach, miejscach spotkań, pracy, aby jak najwięcej osób doprowadzić na lokalny posterunek. Tam odbywały się przesłuchania – długie, szczegółowe, a przede wszystkim upokarzające.
Mężczyźni odpowiadali na najbardziej intymne pytania dotyczące preferencji i zwyczajów seksualnych, liczby partnerów czy sposobów ich poznawania. Ważne były wszystkie padające nazwiska – tak, aby od jednej osoby dotrzeć do jak najszerszego kręgu dalszych „podejrzanych”. Jeśli ktoś miał przy sobie notes z adresami i nazwiskami, cała jego zawartość była skrupulatnie kopiowana przez funkcjonariuszy i potem używana do dalszej pracy operacyjnej. Niektórzy po latach wspominają także konieczność podpisania oświadczenia, w którym deklarowali własny homoseksualizm i to, że mieli w życiu „wielu partnerów seksualnych, wszystkich pełnoletnich”. Pojawiać się miała także deklaracja: „Nie jestem zainteresowany osobami nieletnimi” – bo, jak zobaczymy jeszcze nie raz, domniemanie pokrewieństwa między homoseksualnością a pedofilią było stałym elementem milicyjnego (i nie tylko) dyskursu wokół zagadnienia nieheteronormatywności.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Ulotka Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, 1987, Archiwum Lambdy Warszawa
Obrazek
Ulotka-Warszawskiego-Ruchu-Homoseksualnego-1987-Archiwum-Lambdy-Warszawa.jpg
Należy jednak pamiętać, że przebieg operacji Hiacynt rekonstruujemy głównie na podstawie wspomnień jej uczestników z przymusu – stąd trudno czasem oddzielić historyczny fakt od narosłego przez lata mitu. I tak na przykład nie wiadomo, czy owiane złą sławą „karty homoseksualisty”, do których podpisywania zmuszani mieli być przesłuchiwani, były istotnie elementem milicyjnej dokumentacji czy raczej mitologicznym artefaktem. Badaczka operacji Hiacynt Ewa Majewska i historyczka seksualności Anna Dobrowolska twierdzą, że nie natrafiły w archiwach na podobne dokumenty.
„Różowe teczki” – fałszywy Święty Graal
Faktem jest, że w latach 1985–1987 przesłuchano około 15 tysięcy osób. Z przesłuchań powstawały raporty, na podstawie których czasem zakładano teczki osobowe (dołączano do nich też wszystkie inne zebrane już wcześniej informacje). Ich liczba jest trudna do oszacowania, wiadomo jednak, że jest dużo mniejsza niż liczba przesłuchanych mężczyzn – zwłaszcza że wielu z nich musiało mieć już uprzednio zgromadzoną dokumentację – teczki zakładano też na przykład każdej osobie, która kiedykolwiek złożyła wniosek o paszport. Pękate teczki miały też zapewne wszystkie osoby, które już wcześniej miały kontakt z milicją w związku z podejrzeniami o homoseksualną prostytucję (choć ani homoseksualność, ani praca seksualna nie były w PRL-u karane – przestępstwem było tylko czerpanie korzyści finansowych przez osoby trzecie), bo płatny seks był w oczach milicji furtką do świata kryminalnego, a geje – zarówno jego beneficjentami, jak i ofiarami.
Majewska zaznacza jednak, że to nie osławione „różowe teczki” powinny być głównym przedmiotem badań historycznych. Nie tylko dlatego, że ich status pozostaje niejednoznaczny (które teczki wyprodukowano w czasie operacji, a które zupełnie niezależnie od niej?). Także dlatego że skupienie się na teczkach zaciera strukturalną, wpisaną we władze, a zwłaszcza służby mundurowe, homofobię – dużo starszą niż Hiacynt i dużo trwalszą niż jego efekty. Widzimy ją przecież także w dzisiejszych działaniach policji brutalnie obchodzącej się z protestującymi osobami LGBTQ+, zwłaszcza gdy od czasu kampanii prezydenckiej w 2020 roku homofobia stała się i pozostaje nadal oficjalnym językiem polskiej władzy. Dostrzegamy też jej głęboko zapuszczone korzenie, które na wiele lat przed operacją z lat 80. kazały służbom infiltrować społeczność LGBTQ+.
Bo rzeczywiście Hiacynta nie przeprowadzano w próżni. „Homoseksualistów na masową skalę zaczęto kontrolować już po śmierci Stalina (1953)” – twierdzi jeden z bohaterów reportażu Hiacynt Remigiusza Ryzińskiego. Potwierdza to korowód wyprodukowanych w następnych dekadach dokumentów zasilających dziś IPN-owe teczki: Wykaz imienny homoseksualistów, Środowisko homoseksualistów – materiały z lat 1961–1962, Skorowidz homoseksualistów czy Kobiety o inklinacjach do tzw. miłości lesbijskiej. Obsesyjne pragnienie, by wszystkie osoby LGBTQ+ opisać, skatalogować i skontrolować, nie tylko jest świadectwem głębokiej niechęci wobec wszystkiego, co nienormatywne, lecz także manifestowało się ogólną podejrzliwością wobec środowisk twórczych. Jak podaje Ryziński, obok gejów: Mirona Białoszewskiego, Jerzego Andrzejewskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Jerzego Waldorffa czy Jerzego Nasierowskiego na tajnych listach figuruje na przykład Zdzisław [sic!] Herbert, Adam Ważyk czy Kazimierz Brandys, osoby poza ubeckimi teczkami raczej niekojarzone z nieheteronormatywnością. „Nazwisk w teczkach jest bardzo dużo. […] Nie ma pewności, czy wszyscy mężczyźni wymieniani w raportach rzeczywiście homoseksualistami byli, a to, że się tam znajdują, nie może być tego wystarczającym dowodem” – konkluduje Ryziński.
Geje na czołówkach gazet
Jak wskazuje Anna Dobrowolska w książce Polish Sexual Revolutions, ostatnia dekada PRL-u to prawdziwa eksplozja artykułów, esejów i polemik na temat homoseksualności. Choć trzeba przyznać, że są to omówienia nieraz zadziwione własnym tematem, korzystające chętnie z tropu kulturowej obcości, która rzekomo miała charakteryzować omawiane zjawisko. I tak na przykład nieco ponad miesiąc po przeprowadzeniu pierwszej operacji, w grudniu 1985 roku na łamach „W Służbie Narodu”, tygodnika Milicji Obywatelskiej, Jolanta Ślifierz pisała:
Text
Kiedyś, jeszcze nie tak dawno, homoseksualizm był zjawiskiem unikalnym na krajowym gruncie, dotyczył głównie środowisk elitarnych i hermetycznych. Dziś spospolitował się, można by rzec: „zbłądził pod strzechy”. Podobnie jak stało się to udziałem narkomanii. Wyraz hołdowania zachodnim modom i wzorom postaw czy signum temporis?
Zasób homofobicznych argumentów autorki nie stracił nic ze swojej użyteczności – widzenie w homoseksualności przejawu ostatecznej demoralizacji i dekadencji Zachodu do dziś pozostaje w arsenale retorycznych chwytów fundamentalistycznych polityków – ale w kuriozalnym tekście Ślifierz pojawia się rzecz jeszcze bardziej charakterystyczna. Dla autorki niejasna pozostaje bowiem odrębność pociągu do osób tej samej płci i pociągu do dzieci. „[Ś]rodowisko samo stwarza zagrożenie, wciągając w orbitę swoich wpływów kolejne osoby, także nieletnie…” – dramatycznie zawiesza głos autorka, zanim znowu podejmie temat „młodziutkich, ładnych ludzi, skażonych już seksualną dewiacją, czerpiących zysk z oferowania swego ciała” i ich oprawców, gejów wykorzystujących moment „kiedy to determinacja seksualna ma nader chwiejny charakter”, a „rodzaj i forma inicjacji może wpłynąć w poważnym stopniu na ich [młodych osób – przyp. AK] życie”. W tej optyce homoseksualni mężczyźni mają niejako wrodzony pociąg do młodocianych, a sama homoseksualność jest sprawą nabytą, zniekształceniem „zdrowego” popędu zapewne za sprawą traumatycznego wykorzystania i przekroczenia.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
O zmierzchu, nr 25, 1991, Archiwum Lambdy Warszawa
Obrazek
O-zmierzchu-nr-25-1991-Archiwum-Lambdy-Warszawa.jpg
Inną wrażliwością wykazuje się Sławoj Kopka, który niemal w tym samym czasie, w grudniu 1985 roku na łamach czasopisma „Prawo i Życie” opublikował artykuł Grupa największego ryzyka. Pisząc już wyraźnie w kontekście epidemii AIDS, autor stwierdza, że społeczności LGBTQ+ zagraża nie tylko wirus i choroba, lecz, może nawet bardziej, jednostki, które w osobach homoseksualnych widzą doskonałe ofiary – zastraszone, zawstydzone i bezbronne. I to właśnie przeciwko tym jednostkom wymierzony był według Kopki Hiacynt: „cel operacji: pogłębienie rozpoznania środowiska prostytutek homoseksualnych, ustalenie ich związków ze zboczeńcami seksualnymi, ujawnienie stręczycieli i »nadawców« przestępstw, rozpoznanie szlaków i »geografii« terenu ich działania”. W podobnym tonie wypowiadał się cytowany w artykule naczelnik wydziału ds. zabójstw:
Text
Chciałbym też na koniec podkreślić […], że operacja „Hiacynt” nie była skierowana przeciwko homoseksualistom ani nie została spowodowana zaniepokojeniem w związku z AIDS. Była wymierzona przeciwko elementom pasożytniczym i przestępczym działającym w tym środowisku.
Kopka ten „element pasożytniczy” wywołuje już w nagłówku artykułu, pisząc dosadnie: „Nie tylko wirus AIDS zagraża homoseksualistom. Polskim homoseksualistom zagraża również ŻUL”. Kim on jest?
Text
[N]ie opryszek, ani niechlujny i nierozgarnięty osobnik, ale młody, o miłej powierzchowności, modnie ubrany i elokwentny mężczyzna. […] Cechą wyróżniającą żula jest chęć łatwego życia. […] Zaczyna zazwyczaj od drobnych kradzieży, czasem obrobi jakiegoś pijaka. Homoseksualista to dla żula wyjątkowa gratka.
W oczach milicjantów wokół relacji homoseksualisty i żula nabudowują się kolejne warstwy coraz bardziej podejrzanego towarzystwa – „chłopcy »zbijający bąki«, wagarowicze, uciekinierzy z domów i z zakładów wychowawczych”. W pozorowanej trosce o bezpieczeństwo homoseksualnych mężczyzn ujawnia się homofobiczna paranoja, zgodnie z którą równie niebezpieczne, co stręczycielstwo i zabójstwa, może okazać się „zbijanie bąków” i opuszczanie zajęć w szkole. Może właśnie z tego powodu tak trudno precyzyjnie uchwycić dziś motywacje operacji Hiacynt – w atmosferze wszechobecnych podejrzeń, gdzie każde odstępstwo od normy może stać się pełnoprawnym dowodem oskarżenia, w inwigilacji gejów chodziło zapewne o – wszystko.
W artykule Kopki uwidacznia się też bardzo ciekawy, choć nieoczywisty wątek. Używana przez autora nomenklatura, antropologiczna niemal ciekawość społeczności jednocześnie bliskiej i obcej, wnikliwa, choć dziś miejscami rażąca uprzedzeniem, obserwacja autonomicznych zwyczajów i tradycji – to wszystko wskazuje na to, jak bogate i niezależne od heteronormatywnych wzorców było queerowe życie PRL-u. Do tego, jak Hiacynt ma się do queerowego dziedzictwa, jeszcze powrócimy; na razie tylko zasygnalizujmy tutaj istotny trop, który w literackiej formie wiele lat później tak dobrze podchwyci Michał Witkowski w Lubiewie. Nieheteronormatywna społeczność nie czekała ani na milicję, ani na przemiany polityczne w drodze do emancypacji – zdobywano ją na własną rękę, nawet jeśli oddolna queerowa utopia ograniczała się do czterech ścian prywatnych mieszkań. Mimo to zadziwienie funkcjonariuszy rozpoznających ten teren musiało być spore, na przykład gdy przesłuchiwany, owszem, miał ze sobą notatnik z adresami kochanków i przyjaciół, ale zamiast nazwisk mężczyzn figurowały tam: „Redaktorowa”, „Hrabianka”, „Aptekarka”, „Fryzjerka”, ale też „Mariola”, „Zośka” czy bardziej fantazyjnie „Jacqueline”. Złamanie kodów nienormatywnej kultury okazywało się niełatwym zadaniem.
Autonomię tej kultury dostrzegała już Barbara Pietkiewicz w tekście Gorzki fiolet („Polityka” 1981, nr 8), który dzisiaj uznawany jest za jeden z przełomowych, jeśli chodzi o stopniowe wprowadzanie zagadnienia homoseksualności do głównego nurtu polskiej debaty publicznej. W długim eseju – wspartym rozmowami z homoseksualnymi mężczyznami zaczepianymi przez dziennikarkę pod szaletem publicznym na Placu Trzech Krzyży – Pietkiewicz zarysowuje homoseksualność zupełnie inaczej niż jej koledzy z czasopism milicyjnych. Zamiast o kryminogenności i szczególnej podatności na zbrodnię pisze o kwiatach, poezji i sztuce, mowa jest o Prouście i Leonardzie da Vinci. Dziennikarka ustanawia Parnas jako naturalny habitat homoseksualnych estetów, ale na przykład o terapiach konwersyjnych – proponowanych przez guru polskiej seksuologii Zbigniewa Lwa-Starowicza – wypowiada się ze współczesną przytomnością. Dlatego choć terapeuta później przyznał się do stosowania podobnych „metod leczenia” i wyrażał żal, stanowisko Pietkiewicz wyraźnie wskazuje, że już w latach 80. istniały alternatywy wobec homofobicznej medykalizacji homoseksualności: „Jedynym sposobem leczenia jest pomoc w akceptacji siebie”.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Plac Trzech Krzyży w kierunku ulicy Wiejskiej, Warszawa, 1979, fot. Grażyna Rutowska/Archiwum Grażyny Rutowskiej/Narodowe Archiwum Cyfrowe NAC
Obrazek
Plac-Trzech-Krzyzy-NAC.jpg
Publicystka stanowczo sprzeciwia się też teorii, według której homoseksualność ma być nabyta wskutek nieprawidłowego wychowania lub inicjacji. Stwierdza poetycko: „homoseksualizmu nie można się oduczyć, jak nie można oduczyć koloru własnych oczu”. Nie traci też z perspektywy kobiet, nawet jeśli wzmianka o lesbijkach zastanawia swoją lakoniczną pobłażliwością: „Lesbijki pokazuje się nawet w kinie: delikatne piękno kwiatów z wyspy Safony. Od 1532 roku płonęły na stosie z czarownicami i he-re-tykami, ale prawo i obyczaj zostawiły je szybko w spokoju, co najwyżej czasem – ścinając”. Rzeczywiście, pocieszające.
Mimo że reportaż nie ustrzegł się charakterystycznych dla epoki uprzedzeń – Pietkiewicz wspomina na przykład o „całej klasie” we Wrocławiu, która poprzez homoseksualną prostytucję zarobiła sobie na bal maturalny, albo o pokrewieństwie homoseksualności i pedofilii, tutaj pobłogosławionym przez Oscara Wilde’a – to jako pierwsza z polskich publicystek i publicystów doby przedhiacyntowej wyraźnie wpisała dążenia społeczności LGBTQ+ w światową walkę o emancypację – podaje przykłady amerykańskich polityków, którzy nie ukrywają już swojej tożsamości i powołuje się na niderlandzkiego duchownego, który miał udzielić błogosławieństwa jednopłciowej parze. Wskazuje też, że za przemianami obyczajowymi idą obywatelskie zrywy mające zapewnić trwałą legislacyjną zmianę: „Homoseksualiści domagają się specjalnych, chroniących ich ustaw, jak te, które uchwalono dla Murzynów i kobiet”. Ale z perspektywy operacji Hiacynt najciekawsze jest może to, że Pietkiewicz pisze też o Hamburskim Związku Lesbijek i Pedałów (wobec niezakorzenienia jeszcze w polszczyźnie terminu „gej” autorka tak tłumaczy, błędnie, neutralne niemieckie słowo „Schwul”), który czytelnikom pisma „Du und Ich” oferuje „dokumentacje niegodziwości policji”:
Text
Policje gnębiły ich zawsze z upodobaniem – obrażają męskość, malują się i są kłopotliwi, choć skądinąd świetnymi bywają informatorami. Teraz policjanci podchodzą do nich w białych rękawiczkach – tolerancja dla mniejszości, także seksualnych, stała się w policjach wpisana do zawodu. Sporządzają jednak ich rejestry. Nasza milicja też ma taki.
„Nasza milicja też ma taki” – pisze Pietkiewicz cztery lata przed Hiacyntem.
A dlaczego geje mieliby być „świetnymi informatorami”? Pietkiewicz nie ujawnia, ale możemy się domyślać. Szukający seksu w publicznych szaletach, hotelach, na dworcach czy lotniskach mieli spotykać podróżujących z zagranicy, a co za tym idzie – odgrywać istotną rolę w przepływie informacji, pieniędzy i dóbr, które po naszej stronie żelaznej kurtyny musiały budzić w najlepszym razie zainteresowanie, w najgorszym – podejrzliwość. Swoją funkcję spełniły też tutaj homofobiczne uprzedzenia i klisze – służby zakładały, że prędkość roznoszenia się informacji wśród gejów dalece przewyższa wszystkie kanały dostępne mundurowym.
Zupełnie wyjątkowy w publicystycznym krajobrazie Hiacynta jest tekst Jesteśmy inni opublikowany w „Polityce” (1985, nr 47) przez Dariusza Proroka (podpisanego tutaj pseudonimem Krzysztof T. Darski). W artykule, w którego nagłówku Prorok z wściekłością pyta retorycznie: „Czy homoseksualiści mają prawa?”, autora nieszczególnie zajmuje podawanie definicji, rozgraniczanie pojęć, przybliżanie heteronormatywnym odbiorcom egzotycznego zjawiska, jakim wydawała się homoseksualność. Zwraca się wręcz przeciwko nim, oskarżając polski mainstream o wieloletnie ignorowanie i nietolerancję, a uprzedzonych dziennikarzy o „wypisywanie bzdur”. Naglony widmem AIDS, pisze krytycznie o zbyt późnej reakcji władz kraju i milczeniu autorytetów:
Text
Otóż nagle okaże się, że homoseksualiści są obywatelami tego kraju! Mój Boże! Ośmieszani i spychani na margines społeczeństwa, dyskryminowani przez wszystkie bez wyjątku instytucje i organizacje społeczne, tępieni przez homofobów, bici i obrzucani obelgami przez chamów przy milczącej zgodzie autorytetów tego świata, osamotnieni i porzuceni przez państwo, Kościół, naukę. I nagle okazuje się, że jednak są oni obywatelami PRL! Proszę mi uwierzyć, że zdecydowana większość homoseksualistów będzie więcej niż zdziwiona tym faktem. I zaprezentuje tylko jedną postawę wobec tych wzniosłopatriotycznych apeli, postawę: „pocałujcie mnie!”. […]
Proszę więc nie wymagać, by homoseksualiści odpowiadali czymś innym niż obojętnością na najbardziej nawet żarliwe i poruszające serca apele. Każdy, kto bezstronnie spojrzy na tę sprawę, nie powinien mieć żadnych pretensji do homoseksualistów. Nie oni sami wyrzucili się poza nawias społeczeństwa, więc nie oni powinni zadbać o to, by 2 do 10 procent społeczeństwa wróciło z powrotem do wspólnego, społecznego obiegu. Może będzie to źle odebrane, ale odczuwam pewnego rodzaju satysfakcję, gdy pomyślę, ile problemów przyniesie AIDS.
Konfrontacyjna retoryka Proroka do dzisiaj robi wrażenie – tym bardziej rozdzierające, że wiele jego zarzutów wobec indyferentyzmu władz i homofobii kołtuńskiego społeczeństwa można by zastosować także we współczesnej sytuacji społeczności LGBTQ+, prawie całkowicie pozbawionej w Polsce jakiegokolwiek prawnego bezpieczeństwa.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Różowy Puls, nr 3, 1994, Archiwum Lambdy Warszawa
Obrazek
Rozowy-Puls-nr-3-1994-Archiwum-Lambdy-Warszawa.jpg
Choć artykuł Proroka został opublikowany zaledwie tydzień po przeprowadzeniu pierwszej operacji Hiacynt, niektóre jego uwagi trudno odczytywać z dala od jej kontekstu. Autor pisze na przykład, że „byłoby korzystne społecznie, by społeczeństwo miało możliwość kontroli tego środowiska” albo że należałoby pomyśleć o zorganizowaniu odpowiednich możliwości i „miejsc spotkań tak, by zapewnić homoseksualistom komfort i bezpieczeństwo, a co pozwoliłoby mieć środowisko na oku”. Wyrażana tu tęsknota za kontrolą może być oczywiście chwytem, który ma Prorokowi przynieść przychylność heteronormatywnych czytelników – wskazanych tutaj jako tej kontroli dysponenci – przy czym wydaje się niebezzasadne, żeby w tych rzucanych gdzieniegdzie uwagach doszukiwać się jakiegoś szerszego Zeitgeistu, atmosfery napięcia i inwigilacji, w jakich funkcjonowała społeczność LGBTQ+. Może apel o zwrócenie uwagi wyraża tyleż tęsknotę do instytucjonalnej opiekuńczości, ile zinternalizowaną podejrzliwość wobec osób homoseksualnych, jakiej erupcją był w tym samym czasie Hiacynt?
Długie cienie Hiacynta
Choć łapanka i przesłuchiwanie homoseksualnych mężczyzn łącznie trwało zaledwie kilka dni, efekty operacji kładły się długim cieniem na całych przyszłych latach – a w pewnym sensie, wziąwszy pod uwagę formacyjną rolę, którą zdaniem wielu działaczy LGBTQ+ odegrał Hiacynt, jego skutki odczuwalne są do dziś.
Przejawia się to na wiele sposobów. Po pierwsze, zasadne pozostaje pytanie o współczesną rolę archiwum Hiacynta. Częściowo jest tylko udostępnione badaczom, częściowo zbrakowane, a częściowo wciąż utajnione. Majewska opisuje, jak w czasie swojej kwerendy długo odbijała się od poszczególnych organów i ich przedstawicieli, mnożących trudności na drodze do dokumentów. W wywiadzie dla Oko.press mówiła: „Dostawałam różne odpowiedzi, ale za każdym razem słyszałam, że dokumenty nie zostały zarchiwizowane, bo są częścią aktualnych operacji policyjnych. […] Wyraźnie jest problem z zamknięciem tej operacji. Akcja »Hiacynt« trwa”. Jak to możliwe, że czterdziestoletnie dokumenty, wygenerowane w operacji, którą dwaj Rzecznicy Praw Obywatelskich (Janusz Kochanowski i Adam Bodnar) ocenili jako naruszającą prawa człowieka, pozostają w aktualnym użyciu operacyjnym? Do czego służyć mogą dzisiejszym funkcjonariuszom sprawozdania z upokarzających przesłuchań na temat tożsamości psychoseksualnej? „Co to może oznaczać? Włos się jeży na głowie” – stwierdza Majewska.
Hiacynt doczekał się też, nawet jeśli z opóźnieniem, reakcji kultury. Nie tylko doszukiwała się w nim ona kolejnego dowodu na opresję i desperację systemu, w latach 80. chylącego się ku upadkowi, lecz także widziała w nim przełomowy moment dla polskich ruchów emancypacyjnych. „Chyba nie ma już sensu ukrywać mojej homoseksualności – stwierdzał w filmie Kisieland Karola Radziszewskiego Ryszard Kisiel, przesłuchiwany w czasie operacji. – Moja tożsamość została ujawniona, a coming out zrobiła mi Milicja Obywatelska…”. Podobnie myślało więcej przyszłych aktywistów, których, według ich własnych wspomnień, Hiacynt zmobilizował do działania, pewnie niejako wbrew intencjom organizujących akcję funkcjonariuszy. Sam Kisiel zaczął wtedy wydawać słynny zin „Filo”, służący nie tylko do kolportażu informacji, lecz może nawet przede wszystkim do usieciowienia polskich queerów.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Filo, nr 11-12, 1987, Archiwum Lambdy Warszawa
Obrazek
Filo-nr-11-12-1987-Archiwum-Lambdy-Warszawa.jpg
Jak referuje Dobrowolska, druga połowa lat 80. to czas, w którym nieheteronormatywność zyskała bezprecedensową widzialność w debacie publicznej – mimo aktywnej homofobii struktur państwowych. Dochodziło też wówczas do prób (na razie nieudanych) rejestracji pierwszych otwarcie queerowych organizacji.
W końcu po Hiacynta zaczęły sięgać też następne pokolenia osób ze społeczności LGBTQ+ – niedoświadczone bezpośrednio operacją, lecz rozpoznające w nim istotny, choć, jak jeszcze zobaczymy, niejednoznaczny moment graniczny polskiej queerowej historii. Najważniejszą taką interwencją pozostaje szeroko zakrojona działalność Karola Radziszewskiego, który poza tym, że nakręcił film o Kisielu, zainaugurował działalność Queer Archives Institute, oddolnej organizacji archiwizującej dokumenty queerowego życia w Europie Środkowo-Wschodniej.
Rozpoznania artysty wychodzą dużo dalej niż zapewnienie współczesnym ruchom emancypacyjnym i osobom queerowym własnej genealogii, historii codzienności i życia, w którym te mogą wreszcie się rozpoznać. W projekcie chodzi też o stawienie czynnego oporu Hiacyntowi. W ramach tamtej operacji geje byli przesłuchiwani przez reprezentantów państwowej i heteronormatywnej władzy, wyciągano od nich informacje, którymi bynajmniej nie chcieli się dzielić, naruszano ich prywatność i z użyciem państwowego aparatu dokonywano inwazji na ich najintymniejszą strefę życia. W archiwum Radziszewskiego queerowa rzeczywistość nie jest stawiana w pozycji podejrzanego ani nawet naukowego obiektu zainteresowania – ale jest pełnym witalnej siły zjawiskiem, niedającym się skatalogować, o własnych językach, kodach, idiolektach, własnych tradycjach, historiach i zwyczajach. Te nie są tłumaczone na język heteronormatywności – funkcjonują jako zapis autonomicznej i bogatej kultury, która dumna jest z własnej odrębności, nie potrzebuje uznania ani afirmacji, a która przy tym wszystkim żyje na marginesach normy od dziesiątek, setek, tysięcy lat.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Konstruowane z lokalnych zinów, fotografii i druków archiwum dokumentuje to, co ze współczesnej perspektywy tak ważne dla ruchów queerowych, a co badacz Matt Cook nazwał queer domesticity – queerowym zadomowieniem, życiem domowym. Przecież nie tylko uliczna walka, doniosłe polityczne przewroty ani Kodeks Karny czy Dziennik Ustaw determinują queerowe życia – przede wszystkim mają one swoją codzienność i zwykłość, która ciągle zbyt często pozostaje na marginesach zarówno kultury głównego nurtu, jak i odliczających kolejne wielkie wydarzenia narracji queerowych.
Własną reinterpretację dziedzictwa operacji Hiacynt zaproponowała także drag queen Shady Lady, która w 2022 roku zrealizowała performatywne działanie wideo odnoszące się do queerowej pamięci akcji z lat 80. W filmie drag queen występuje w dwóch strojach – pierwszy, zimowy, to biała, koronkowa suknia ślubna z ozdobnym kokosznikiem i wydłużającymi palce rękawiczkami. Niemal w całości zakrywający Shady Lady strój, spod którego widać tylko twarz artystki, odnosi się zarówno do lokalnej kultury słowiańskiej (charakterystyczne nakrycie głowy, koronki), lecz sugeruje także skrępowanie i ukrycie, duszącą tradycję nieprzewidującą miejsca dla reprezentacji tożsamości innych niż normatywne.
Pamięć o instytucjonalnej przemocy przywołuje w filmie lokalizacja – Shady Lady występuje przed warszawskim Pałacem Mostowskich, będącym do dziś siedzibą Komendy Stołecznej Policji, a w PRL-u okrytym niesławą jako miejsce brutalnych przesłuchań i tortur.
W pewnym momencie drag queen zrzuca białą suknię, ukazuje się ukryty wcześniej pod nią fioletowy, ozdobiony kwietnymi motywami kombinezon z uprzężami przywodzącymi na myśl kulturę S&M i bondage. Odgrywająca lip sync piosenki Kayah Wiosna przyjdzie i tak performerka tańczy z kwiatami w dłoni, jakby w przekonaniu, że po zimie inwigilacji, przemocy i systemowej homofobii zakwitnie wiosna wyzwolenia, choć, jak zauważa sama artystka, państwo polskie do dziś nie przeprosiło prześladowanych w czasie Hiacynta osób, a homofobiczną politykę dyskryminacji w dużej mierze kontynuuje bez zmian.
Zmieniły się jednak kulturowe okoliczności – wspomnijmy chociażby, że fioletowy strój Shady Lady znalazł się w nowej kolekcji łódzkiego Centralnego Muzeum Włókiennictwa, instytucji zabezpieczającej modowe dziedzictwo Polski. Uznanie dla kostiumu, a w tym dla reprezentowanej przez niego opowieści, zaświadcza, jak dzieje Hiacynta na różne sposoby stają się oficjalną częścią nie tylko queerowej, ale po prostu: historii polskiej kultury.
Do tego stopnia zresztą, że po opowieść sięgają także twórcy spoza społeczności LGBTQ+, w tym Piotr Domalewski, który w 2021 roku wyreżyserował film Hiacynt opowiadający o młodym milicjancie Robercie i jego drodze do odkrycia własnej tożsamości i pragnień. Trudno jednak uznać film za udany – Bartosz Żurawiecki zauważył na przykład, że gatunkowa rama kryminalnego noir pociąga za sobą zbyt oczywiste skojarzenia z rzekomą kryminogennością „środowisk homoseksualnych”, o jakich rozpisywali się na przykład Ślifierz czy Kopka, i w ten sposób wtórnie piętnuje osoby LGBTQ+ jako figury domyślnej ofiary, akceptowanej przez heteronormatywną większość tylko pod warunkiem groźby (nieraz spełnianej) męczeńskiej śmierci. Jeszcze przenikliwiej pisała o filmie Domalewskiego na łamach Krytyki Politycznej Klara Cykorz, zauważająca, że z obrazu usunięte zostają całkowicie queerowe pragnienie i nienormatywna rozkosz:
Text
Konfrontacja Roberta z ojcem staje się ważniejsza od konfrontacji Roberta z Arkiem [jego filmowym kochankiem, a jednocześnie ofiarą Hiacynta – przyp. AK] – i Roberta z samym sobą. Przemoc wobec Arka, jego skrzywdzenie przez milicję – skrzywdzenie młodego homoseksualnego mężczyzny w filmie o akcji „Hiacynt” – schodzi na drugi plan względem relacji pomiędzy ojcem a synem, pomiędzy szczeblami państwowej hierarchii, pomiędzy tym, który bierze udział w milicyjnym spisku, i tym, który chce spisek zdemaskować. […] [Z]ostajemy z kolejnym kryminałem inteligenckim, szlachetnym, poświęconym chłopakowi o dobrych intencjach. Moralny niepokój zamiast konfrontacji z przemocą; znowu inteligencki upór jest ważniejszy od prawdy queerowych ciał.
Film Domalewskiego był zresztą pokłosiem już wcześniej przybierającego na sile zainteresowania Hiacyntem. W pierwszych dwóch dekadach XXI wieku jego temat był regularnie podejmowany w prasie (głównie za sprawą „różowych teczek” – ot, charakteryzująca początek stulecia polska mania lustracyjna), reportaż Ryzińskiego ukazał się w wyd. Czarne w 2021 roku, kilka lat później efekty swoich badań opublikowała Dobrowolska (Oxford University Press, 2025), a także Ewa Majewska (Książka i Prasa, 2026). Ta ostatnia zapowiada, że wydane właśnie Czułe oczy Lewiatana. Archiwa akcji „Hiacynt”, biopolityka i queerowy słaby opór to tylko preludium do właściwej monografii – należy więc spodziewać się, że dotychczasowe ustalenia oraz narracje na temat operacji z lat 80. to cały czas obszar, w którym brak historycznych źródeł (lub odmawia się dostępu do nich), przez co luki uzupełniane są mitotwórczymi wspomnieniami i heroicznymi fantazjami. Trudno zresztą czynić z tego zarzut wobec społeczności dopiero odkrywającej własne odrębne kulturowe dziedzictwo.
Co zamiast martyrologii i heroizmu?
W czerwcu 1969 roku nowojorski bar Stonewall stał się celem nalotu policyjnego. Nie było w tym nic nadzwyczajnego – bary, w których gromadziły się osoby ze społeczności LGBTQ+, regularnie były na celowniku policji, szukającej wszelkich przejawów obrazy publicznej moralności albo weryfikującej, czy komunikowana ubiorem płeć odpowiadała genitaliom (stąd też drag queens i osoby transpłciowe były szczególnie narażone na policyjną brutalność i to one zapisały się w historii jako najbardziej prominentne bohaterki wczesnego queerowego aktywizmu). Tamtej czerwcowej nocy było jednak inaczej niż zwykle – goście baru zaprotestowali i stawili mundurowym opór, doprowadzając do zamieszek. Datę ich powstania przeciw przemocy służb traktuje się w zachodniej historiografii jako początek queerowych ruchów emancypacyjnych.
Mitologiczną ramę Stonewall próbowano nakładać także na polską rzeczywistość – i to Hiacynt miał być tym wydarzeniem granicznym. To w końcu lata 1985–1987 miały być momentem, w którym wbrew milicji doszło do konsolidacji społeczności i zawiązywania pierwszych więzi, które przekształciły się później w queerowe organizacje. Trudno jednak zignorować, że ta narracja ustawia emancypację jako w istocie reaktywną, podyktowaną homofobiczną opresją, której queerowe życie staje się pasywną ofiarą. Nie ma przecież mowy o przesłuchiwanych, którzy stawialiby opór milicjantom, rzucali w nich butelkami i kamieniami, szturmowali komisariaty. Przeciwnie, w relacjach pojawiają się opisy milczących tłumów na komendach, niepodejmujących żadnego buntu, bo przecież dobrze wiedzących, dlaczego tam się znajdują, i przyjmujących to bez większych protestów.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Mikołaj Sobczak, STAR, 2017–2018, kadr z wideo, fot. dzięki uprzejmości artysty
Obrazek
mikolaj_sobczak-star_volume_1-2017-still_1.jpg
Jak w swojej książce udowadnia Dobrowolska, z taką narracją są i większe kłopoty. Queerowa historia – jako historia zorganizowanego aktywizmu – jest ściśle związana z wyobrażeniem o liberalnej demokracji jako „naturalnym” obszarze, w którym ten aktywizm może zaistnieć. Stąd tak trudne do pogodzenia z dzisiejszą perspektywą są na przykład głosy wielu aktywistów z lat 80., którzy queerową emancypację wpisują w socjalistyczne obietnice i nie umiejscowiają jej w kontekście „wolnościowego” kapitalizmu – kontekście, który przez ponad 30 ostatnich lat nauczyliśmy się traktować jako oczywisty. Niezrozumienie tej specyfiki nie tylko oddala nas od tego, co było istotne dla ówczesnych aktywistów, lecz zaciemnia całą historyczną lokalność naszej części Europy, w której emancypacja przebiegała innymi drogami niż w krajach zachodnich. Przyjęcie pozornie uniwersalnego mitu Stonewall łączyłoby się z przekłamaniem wielu lat queerowego życia, które było obecne na polskiej ziemi długo przed operacją Hiacynt.
A właśnie to życie, rozkosz i duma powinny w mojej ocenie wyznaczać centrum zainteresowania badaczy queerowej przeszłości i architektów queerowej przyszłości. Ustawienie w centrum akcji Hiacynt jest ostatecznie fundamentem negatywnym, autoagresywnym i skupionym na poczuciu traumy i straty, tymczasem należy w niej raczej rozpoznać tylko epizod nieheteronormatywnego życia – ważny, lecz nie najistotniejszy, taki, który rzeczywiście przyniósł pewną zmianę, lecz który w żadnym razie nie przerwał kulturowej ciągłości. A to jest ostatecznie stawką queerowej refleksji nad dziedzictwem – wypracowanie przekonania o sięgającej daleko w przeszłość nienormatywnej tradycji, która bardziej niż w cierpieniu, walce czy opresji realizowała się w zwykłym zadomowieniu i praktykach życia.