"Metro" było premierą, która jak żadna inna trafiła wówczas w potrzeby młodej publiczności. Jeśli przyjrzeć się librettu, przesłuchać jeszcze raz klasyczne już songi, widać wyraźnie, że przedstawienie było blisko rozterek ludzi wchodzących w życie wraz ze zmianą ustrojową. Myślę, że "Metro" było przedstawieniem, które nie przyniosło natychmiastowej zmiany – natomiast jasno pokazało, jaki jest jej kierunek.
Po pierwsze – była to prywatna produkcja, zaczyn jednego z najdłużej funkcjonujących teatralnych przedsiębiorstw w Polsce (Teatr Studio Buffo). Wydawało się, że oto ziściło się marzenie polityków, że wraz z kapitalizmem za kulturę wezmą się sponsorzy, a budżet państwa zaoszczędzi. Cóż, Wiktor Kubiak na długo pozostał jedynym biznesmenem, który tak znacząco i efektownie zaangażował się w produkcję teatralną. Z biegiem lat pojawi się jednak sporo prywatnych scen.
Po drugie – obsadę wyłoniono w castingu. W przedstawieniu mieli brać udział najlepsi. A że nieznani, a że bez formalnego wykształcenia artystycznego, że bez dyplomów? Najważniejsze, że utalentowani! Co pokazały kolejne lata i kariery Edyty Górniak, Katarzyny Groniec, Barbary Melzer, Roberta Janowskiego, Wojciecha Dmochowskiego czy Michała Milowicza. Wtedy casting to była nowość – po trzech dekadach to już stała praktyka teatrów muzycznych i nie tylko.
Po trzecie w końcu – musical. Wtedy wciąż uważany za sztukę poślednią, dziś teatry muzyczne są najbardziej oblegane, a nawet sceny dramatyczne sięgają po musicalowy repertuar.
Koniec teatru aluzji