Autoportret wielokrotny
Althamer to jednak nie tylko, jak się go określa "szaman z Bródna" i "rzeźbiarz społeczny", ale także rzeźbiarz w najprostszym tego słowa znaczeniu. A kiedy rzeźbi, często występuje w podwójnej roli portrecisty i portretowanego jednocześnie. Jeden z pierwszych zrealizował w ramach dyplomu w pracowni Grzegorza Kowalskiego, tak zwanej Kowalni, na warszawskiej ASP w 1993 roku. Obok naturalnej wielkości nagiej figury, stojącej sztywno niczym anatomiczny manekin, znalazł się także film. Dyplomant wyszedł bez słowa z akademii, profesorowie zaś mogli oglądać na ekranie, jak oddala się od budynku, wchodzi do lasu i zrzuca z siebie ubrania, stapiając się z roślinnością. Dyplom ten zwiastował już, w jakim kierunku pójdzie Althamer w kolejnych latach.
Rzeźbiarz regularnie utrwala własny wizerunek, czasem w formie bardziej klasycznej, jak na dyplomie, innym razem mniej konwencjonalnej, jak w przypadku ogromnego balonu lewitującego nad mediolańskim parkiem. Introspekcje Althamera nie kończą się jednak na fizjonomii, artysta zagląda także w głąb siebie, poddając się ochoczo działaniu najróżniejszych narkotyków lub aranżując sesję hipnozy. Swego rodzaju autoportetami Althamera są więc nie tylko rzeźby, ale i kręcone wraz z Arturem Żmijewskim filmy, których bohaterem jest sam Althamer udający się na leśną wycieczkę po LSD lub spacerujący po mieście po zjedzeniu grzybów halucynogennych. Nie przypominają jednak narcystycznych imprezowych relacji Jasia Kapeli z jego nowej książki "Warszawa wciąga". Althamera nie interesuje bezcelowy narkotyczny dryf, a doświadczanie rzeczywistości na wszystkie możliwe sposoby.