Siedemnastego sierpnia 1940 roku, niemal w samo południe, na krakowskim Rynku pojawiły się rusztowania i windy. Niemcy otoczyli pomnik Adama Mickiewicza, wspięli się na cokół i zaczęli strącać figury. Edward Kubalski, kronikarz okupowanego miasta, zobaczył zrzuconego na bruk poetę. Przypominał mu – jak zanotował – „zwłoki leżące boleśnie na lewym ramieniu z nadtłuczonym wierzchołkiem czaszki”.
Kubalski znał ten pomnik od jego samego początku. Był przy jego odsłonięciu w 1898 roku, a później – jak wielu Krakowian – krytykował i monument, i wybrane dla niego miejsce. Teraz pisał jednak, że choć Mickiewicz był „może nie najpiękniejszy”, stanowił „wyraz ukochania narodu i Symbol”. Była to miłość z tych najsilniejszych: można było narzekać na ukochanego, ale obcym od niego wara.
Wieszcz nigdy w Krakowie nie był, a i jego monument zadomawiał się w mieście wyjątkowo długo. Pierwsze składki zaczęto zbierać jeszcze w 1869 roku, później powoływano komitety, rozpisywano konkursy i spierano się o wszystko, o co można się spierać przy wznoszeniu pomnika w kraju nad Wisłą: autora, styl, koszt (czy w przypadku polskiego poety wypada przyjmować datki zagraniczne?) miejsce oraz to, czy Mickiewicz powinien stać czy siedzieć i czy sam, czy może z kimś. Jeden z wczesnych pomysłów przewidywał nawet wspólny monument Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Trzech wieszczów na jednym cokole okazało się jednak pomysłem zbyt śmiałym. Podobnie jak lansowany przez niektórych notabli cokół Mickiewicza połączony z wodotryskiem.
Do kolejnych konkursów stawali najsłynniejsi rzeźbiarze epoki, choć sama rzeźba nie cieszyła się w Polsce wówczas zbyt wielkim prestiżem. Najbardziej znanym wśród uczestników był niewątpliwie Jan Matejko, który postanowił swój projekt pomnika… narysować.
Ostateczną decyzję podjęto krakowskim targiem. Konkurs wygrał Cyprian Godebski, lecz jego propozycja – jak to w tym mieście często bywa – okazała się za droga. Niedługo później pomnik jego autorstwa (choć według innej koncepcji) stanął… w Warszawie. W Krakowie natomiast realizację powierzono mieszkającemu na stałe w Rzymie Teodorowi Rygierowi. Nie sięgnięto jednak po jego pracę nagrodzoną drugim miejscem, lecz po inną – zaledwie wyróżnioną.
W 1894 roku pokazano na Rynku pierwszą wersję monumentu – i niemal natychmiast zasłonięto ją drewnianym przepierzeniem. Krytyka była tak zajadła, że rzeźbiarz poprawiał dzieło na własny koszt. „Nareszcie stanął. Zrzucono przykrywającą go budę i naród literalnie zgłupiał. Opinia otworzyła usta i zamknąć ich nie mogła. [Potem] śmiali się wszyscy – demokrata i arystokrata, stańczyk i liberał, pan i chłop, Żyd i antysemita” – pisał Kazimierz Bartoszewicz w „Niwie”.
Pomnik zdążył zresztą trafić do krakowskiej literatury, zanim jeszcze go ukończono. Ludwik Szczepański, podpisany jako Wincenty Ogórek, kpił: „Pan Rygier sto tysięcy wziął / Z narodu szczupłych kiesek, / Pan Rygier piękny pomnik wzniósł, / Magistrat budę z desek”.