Jaki ma pan stosunek do określenia "prowincjonalny"?
To pojęcie jest ważne, ale nie w kategoriach oczywistych skojarzeń. Wszyscy znajdujemy się na prowincji z pewnej perspektywy. Warszawa też jest prowincją z perspektywy Londynu czy Nowego Jorku. Nie mam poczucia, żebyśmy w Kielcach odstawali od tego, co dzieje się w kraju. Nie myślę o tym zbyt dużo. Bardzo się jako naród polaryzujemy i to pokazuje, że żyjemy – użyję modnego słowa – w bańkach. Tu w Kielcach mam być może większą szansę, by to zobaczyć z dystansu. To błogosławieństwo, że tu jestem, bo daje mi to dystans. Myślę, że mieszkając cały czas w Warszawie, żyłbym w trochę fikcyjnym świecie. Bez uwagi i czujności wobec pozawarszawskiej widowni zginiemy. Będziemy pozamykani w swoich bańkach, a w tej chwili widać, do czego to prowadzi. Stajemy się niewolnikami spolaryzowanych tożsamości i algorytmów tworzonych przez inżynierów Facebooka.
Jestem ciekawa, jak ocenia pan reakcje teatrów na lockdown. Część z nich zaczęła dosyć frenetycznie rzucać się w kolejne propozycje i aktywności, co spotykało się z – moim zdaniem słuszną – krytyką. Jak Teatr im. Żeromskiego radzi sobie z tym kryzysem?
Tydzień temu weszliśmy do czerwonej strefy, w związku z czym odwołaliśmy spektakle, nie wiedząc, że będzie można w czerwonej strefie grać. Wydaje mi się, że tutaj nie ma dobrych decyzji. W jakimś sensie każda nasza decyzja będzie zła. Widzę wysiłek teatrów, by – na tyle, na ile to możliwe – jednak grać i w jakiejś mierze wydaje mi się to racjonalnym wyjściem. Aktorzy muszą grać, poza tym boimy się, że widzowie odejdą. Z drugiej strony rozmawiam z moimi znajomymi lekarzami, czytam informacje na Twitterze, w mediach. I widzę, że nasz system opieki zdrowotnej się rozsypuje. Jestem odpowiedzialny za mój zespół i widzę, że on chce grać. Dlatego po rozmowach zdecydowaliśmy, że zagramy kolejne spektakle. Czuję duży wewnętrzny dyskomfort. Wizyta w teatrze wydaje mi się dosyć bezpieczna przy zachowaniu wszystkich obostrzeń, ale jednocześnie mam poczucie, że być może powinien wrócić na jakiś czas całkowity lockdown, żeby system służby zdrowia się po prostu nie rozpadł. Co do działań on-line – wydaje mi się to częścią zjawiska nadprodukcji. Przy wiosennym lockdownie mieliśmy tego dosyć, mówiliśmy, że może trzeba by zweryfikować system teatralny i nasze myślenie o nim i nie produkować aż tyle… Teraz już do tego wracamy, bo wszyscy jesteśmy niewolnikami kapitalistycznego myślenia. Myślę, że tak zostanie. Nie wiem, czy w przypadku teatru produkcje wideo mają sens. Rozumiem, że to jeden ze sposobów na przypominanie o swoim istnieniu, udowadnianie, że jesteśmy potrzebni. Jesteśmy w chaosie i myślę, że będziemy w nim do połowy – jeśli nie do końca – przyszłego roku. Nie ma dobrej drogi przejścia przez ten stan. Dopiero za parę lat będziemy mieć pełen ogląd tej sytuacji i będzie możliwe wyciągnięcie wniosków. W tej chwili biegniemy po omacku, próbując przeżyć – dosłownie i w przenośni. Próbujemy zachować życie – własne i instytucji, zachować miejsca pracy, ochronić sztukę. Żeby było do czego wracać.