Czy stworzenie spójnego programu w duecie było trudnym procesem i wymagało od pań kompromisów? A może od razu po prostu "kliknęło"?
MS: Użyła pani dobrego słowa, bo rzeczywiście tak było. Joasiu, chyba "kliknęło"?
JN: Myślę, że tak. Oczywiście znałyśmy się wcześniej, Marysia była jedną z pierwszych osób, jakie zaprosiłam do współpracy w charakterze realizatora. Znalazłyśmy wspólny język, połączyło nas między innymi środowisko artystyczne Krakowa – Marysia stamtąd pochodzi, a ja kończyłam tam studia i mieszkałam dwadzieścia lat. W 2014 roku Marysia wyreżyserowała w Gnieźnie "Kto się boi Virginii Woolf?", znakomite przedstawienie łączące eksperymentalną formę z komunikatywnym przekazem. Na ówczesne gnieźnieńskie warunki była to rzecz bardzo rewolucyjna, mimo to została przez widownię zaakceptowana. Zlikwidowaliśmy wówczas czwartą ścianę – to może brzmieć zabawnie, że w 2014 roku był to w tym miejscu praktycznie pierwszy spektakl, w którym widzowie, aktorzy i ekipa realizatorska siedzieli razem w jednej przestrzeni, bez zwyczajowych barier. Od tamtej pory konsekwentnie łamiemy wszelkie zapory między widownią i twórcami. Po tym pierwszym gnieźnieńskim spektaklu Marysi jakoś tak między nami "poszło"...
MS: Jeśli chodzi o kształtowanie programu – obie chcemy tworzyć tutaj teatr najwyższej jakości artystycznej, który jednocześnie nie będzie hermetyczny. Spełniają się nasze marzenia, obecnie w próbach jest Wiktor Rubin, premiera odbędzie się 14 marca [spektakl "I tak nikt mi nie uwierzy" inspirowany jest losami Barbary Zdunk, ostatniej kobiety w Europie spalonej na stosie – przyp. red.]. To jedno z nazwisk, o których myślałyśmy od dawna. Wyjeżdżamy na festiwale, w tym sezonie mamy wysyp zaproszeń dla naszego teatru. Cztery lata temu rozmawiałyśmy o naszych ambicjach w kontekście prowadzenia tego miejsca, a teraz tę wizję realizujemy. To się dzieje.
JN: Najlepszym cementem takiego artystycznego związku jest efektywna realizacja zbieżnych pomysłów. Jeszcze jakiś czas temu zapraszanie "dużych nazwisk" nie było tak proste, bo twórcy mieli wątpliwości, czy zespół podoła… Dziś już wiedzą, że mogą proponować tutaj swoje najbardziej śmiałe pomysły, a my jako instytucja udźwigniemy to i artystycznie, i technicznie. "Historia przemocy" jest przykładem na to, że jesteśmy gotowi odważyć się na wszystko [scenografia spektaklu bazuje na nieustannie padającym deszczu, pod koniec przedstawienia aktorzy brodzą po kolana w wodzie – przyp. red].
Aleksander Fredro, autor: Jan Styfi, źródło Biblioteka/Polona
MS: Wiem, że po Polsce krąży legenda, że w Gnieźnie pod względem technicznym można zdziałać cuda. To było dla nas ogromne wyzwanie, ale od początku z Joanną wiedziałyśmy, że absolutnie idziemy za pomysłem Eweliny. Bo dlaczego nie? Zespół artystyczny to jedno, ale nasza ekipa techniczna jest naprawdę wspaniała i niejednokrotnie to udowodniła.
JN: Koledzy dyrektorzy z nutką podziwu i być może zazdrości mówili mi po premierze "Historii przemocy", że nigdy by się nie odważyli zgodzić na własnej scenie na padający przez półtorej godziny deszcz. Z różnych względów, także bezpieczeństwa, przepisów przeciwpożarowych i, oczywiście, nakładu pracy przy montażu. My takimi kategoriami nie myślimy. Osobiście uważam, że wszystko się da. Dlatego twórcy chcą z nami pracować. Powtarza się opinia, że w Gnieźnie jest duża wolność i nikt nikogo nie krępuje. Jeśli zapraszamy konkretne nazwiska, to wiemy, kogo zapraszamy i czego można się po nim spodziewać. Trudno więc narzucać cokolwiek innego. Bierzemy zapraszanego artystę z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.
MS: Nie padło jeszcze jedno istotne słowo: zaufanie. Moim celem jest dać przyjeżdżającym do Gniezna twórcom duży kredyt zaufania. Nie jestem dyrektorem, który pojawia się co dwa dni na próbie, drżąc ze strachu na myśl o tym, co powstaje albo ingerując w przebieg prób. Wiem, że to się sprawdza i jest bardzo przez reżyserów doceniane. Ograniczają nas czasem oczywiście budżety…
JN: ...ale są pomysły, których się nie da przeliczyć na pieniądze. Jest u nas miejsce na koncepcje inscenizacyjne czy dramaturgiczne, które wydają się szalone i teoretycznie "nie na Gniezno".