Ignacy Lisiecki stara się być obecny nie tylko w Japonii, ale i w Europie. Występował w Filharmonii Narodowej, katowickim NOSPR-rze, berlińskim Konzerthausie. Współpracuje z Davidem Geringasem, uczniem Mścisława Rostropowicza, zwycięzcą konkursu Czajkowskiego. Paweł Hendrich dedykował mu utwór "Gliptopalinomia". Ostatnia płyta Lisieckiego zatytułowana "Swan Songs" została wydana w 2019 roku przez Sony Music.
Jakie wrażenie miałeś po swoim pierwszym przyjeździe do Japonii?
Ignacy Lisiecki: Jeszcze na studiach na Akademii Muzycznej w Warszawie zacząłem uczyć się japońskiego. Szczerze powiedziawszy, po blisko dwudziestu latach właściwie trudno powiedzieć, co zdecydowało o moim zainteresowaniu się tym językiem. Może chęć poznania kraju, który od dzieciństwa kojarzył mi się z dobrym sprzętem nagrywającym? Dzisiaj wielu Polaków zajmuje się Japonią, ale na początku lat dwutysięcznych nie było to tak powszechne. W 2003 roku otrzymałem stypendium miasta Warszawy na udział w Hamamatsu International Piano Academy. Po przyjeździe zobaczyłem, że to zupełnie inny świat i mentalność, inne kody kulturowe. Prawie każdy aspekt życia Japończyków, o którym pomyślisz, jest inny niż ten europejski.
Co sprawiało ci trudność, kiedy przeprowadziłeś się do Japonii w 2010 roku?
Miałem dość komfortową sytuację – moja małżonka jest Japonką. Wejście w społeczeństwo nie było zbyt trudne, poza tym miałem pewne wyobrażenie na temat tego, czym charakteryzuje się życie w Japonii.
Co mnie najbardziej zdziwiło? Kiedy miałem wykonać któryś z koncertów fortepianowych Chopina z jedną z japońskich orkiestr, zapytano mnie niemal rok wcześniej o to, z jakiej edycji nut będę korzystał przy swoim wykonaniu. Moje doświadczenia z polskimi orkiestrami były zupełnie inne. Może w Niemczech jest podobnie...
Brak spontaniczności w japońskim społeczeństwie jest dla mnie czasami kłopotliwy – szczególnie we wspólnym wykonawstwie muzycznym. Naturalność i spontaniczność są jednymi z ważniejszych czynników, by zaistniała kreatywna i przekonująca interpretacja muzyczna. Również w odbiorze muzyki japońską publiczność trudno uznać za spontaniczną. Przez ponad 10 lat nie widziałem, żeby tutejsi melomani zaszczycili kogoś owacjami na stojąco, nawet tych najbardziej utytułowanych artystów. Natomiast japońska publiczność potrafi być wierna wykonawcom. Fani potrafią jeździć za swoimi ulubionymi wykonawcami na całe trasy koncertowe.
Co do praktycznych spraw związanych z graniem koncertów, to nie ma długiej przerwy pomiędzy próbą generalną a koncertem. W Europie wielu muzyków po próbie idzie do domu zjeść obiad, odpocząć; dopiero wieczorem trzeba wrócić do filharmonii na koncert. W przypadku koncertu popołudniowego o 13 jest próba, która kończy się około 15.30. O 17 musisz być na scenie. Nie jest to zbyt komfortowe, człowiek musi być ciągle skoncentrowany, nie ma czasu na regenerację. Przyczyna jest bardzo prozaiczna – wielu mieszka daleko od pracy, niektórym dojazdy zajmują nawet dwie godziny.