Skąd pomysł założenia polskiej restauracji w Japonii?
Ten pomysł dojrzewał przez siedem lat. W Polsce ukończyłam technikum gastronomiczne, a później pracowałam w wielu restauracjach. Jednak kiedy przyjechałam z mężem do Japonii, nie znałam specyfiki tutejszej branży gastronomicznej. Chciałam poznać gusta Japończyków, zrozumieć, na co w kuchni zwracają uwagę, więc zatrudniłam się w piekarni. Pracowałam tam przez siedem lat i w tym czasie zdobyłam bezcenne doświadczenie, nauczyłam się japońskiego podejścia do klienta, zrozumiałam jego oczekiwania.
Odeszłam z pracy w piekarni, kiedy zaszłam w ciążę. Wtedy też uznałam, że niczego więcej już się tam nie nauczę, a kiedy mój syn poszedł do przedszkola, poczułam się gotowa, żeby otworzyć własny lokal.
Nie bałaś się decyzji o otwarciu restauracji?
Nie, absolutnie. Chciałam stworzyć coś całkowicie własnego, wymyślonego i wykonanego od początku do końca przeze mnie przy wsparciu mojego męża, z pasją i uśmiechem. Założyłam, że jeśli nic z tego nie wyjdzie – a miało prawo nie wyjść – to potraktuję to jako kolejny etap, nowe doświadczenie. Na początku to w ogóle nie miała być restauracja, tylko kawiarnia…
A więc stąd słowo "kawiarnia" na szyldzie ze smokiem trzymającym filiżankę?
Tak. Miała to być kawiarnia, w której można się napić kawy czy herbaty owocowej lub ziołowej, które w Polsce są fantastyczne, a w Japonii mało znane, do tego zjeść ciasto czy któryś z wspaniałych polskich deserów. Pracuję sama i nie jestem w stanie robić wszystkiego, stąd pomysł na kawiarnię, a nie "ciężką" gastronomię. Taki był pierwotny plan – chciałam się przekonać, czy to się w ogóle uda.
Jak to się stało, że kawiarnia przekształciła się w restaurację?
To był pomysł klientów, broń Boże nie mój! Ze statystyk wynika, że 50 proc. lokali w Japonii zamyka się po pół roku działalności. To naprawdę dużo – utrzymać się na rynku nie jest łatwo, trzeba zawalczyć o klienta. Dlatego nie paliłam się początkowo do pomysłu uruchamiania polskiej restauracji, tym bardziej, że polska kuchnia była tu całkowicie nieznana, a produkty trudno dostępne. Ale klienci, którzy przychodzili do mnie na kawę i ciasto, często powtarzali, że chętnie by spróbowali innych polskich potraw.
Właśnie wtedy zamknęła się ostatnia polska restauracja w Tokio. Pomyślałam, że może japońskim klientom chodzi o coś innego, niż restauratorzy im oferują? Może rozmijamy się z ich oczekiwaniami? Zastanawiałam się, jak pokazać polską kuchnię i naszą kulturę tak, żeby trafić w ich gust. Postanowiłam spróbować zrobić to na swój sposób i zobaczyć, czy klienci to zaakceptują. Chciałam opowiedzieć o Polsce nie tylko przez potrawy, ale także przez wystrój i klimat restauracji. Stąd pomysł na wyłożenie ścian płytkami soli, nawiązującymi do kopalni soli w Wieliczce, która jest dla Japończyków jedną z najciekawszych polskich atrakcji turystycznych. Mam też miniaturową tężnię solankową zbudowaną przez mojego męża. Lampki nad stołami zrobione z porcelanowych filiżanek z Chodzieży to również jego dzieło. W gablocie mam wyeksponowane wyroby z bursztynu, naczynia z Bolesławca i sól z Wieliczki, które można kupić jako pamiątkę, a także nalewki własnej roboty.
Poza tym postawiłam na budowanie relacji z klientem, wyjście naprzeciw jego potrzebom, podejście łączące japońską uważność i dbałość o szczegóły z polską gościnnością. Chyba właśnie odpowiednie połączenie tych dwóch światów okazało się drogą do sukcesu.