Historia Mirgi-Tas, dziś jednej z najważniejszych, pochodzących z Polski artystek, czego ukoronowaniem był projekt przygotowany do pawilonu polskiego na przedostatnim Biennale w Wenecji, wymyka się zgranemu w popkulturze schematowi kariery i awansu klasowego, którego pierwszym rozdziałem jest wyjazd z rodzinnej miejscowości do wielkiego miasta, najlepiej stolicy, i poluzowanie więzów z rodzinnym domem i wspólnotą. Mirga-Tas co prawa studiowała w Krakowie, nigdy jednak owych więzów nie przecięła, a po zakończeniu edukacji – powróciła do korzeni. Nawet monumentalne tkaniny na weneckie Biennale tworzyła we współpracy z grupą kobiet ze swojej społeczności.
Nie przypadkiem w obrazach-tkaninach Mirgi-Tas przeglądają się z przeciwległego końca sali właśnie prace Nadolle, a wśród nich jedna kompozycja nie malowana, a wyszywana. Nadolle posługuje się igłą i nicią zupełnie inaczej – tam, gdzie Mirga-Tas swobodnie komponuje wzorzyste, nieregularne kawałki tkanin w monumentalne kompozycje, ta pierwsza wyszywa na małym podobraziu schematyczny obrazek jak na tamborku. Pośrodku rzeki, nad którą stoi jej zamyślona bohaterka – autoportret samej artystki – umieszcza łabędzia, kompozycję aranżuje w kilku pasach, a w tle komponuje kolorowe kamienice, tworząc nie tyle krajobraz wskazujący na konkretne miejsce, ile raczej pocztówkowe wyobrażenie uniwersalnego małego miasteczka.
Scenę artystka opatruje dwuznacznie melancholijnym hasłem: "Gdybym stąd nie wyjechała, już dawno miałabym męża i dzieci". Z jednej strony wyczuwamy w nim ulgę – wyjazd oznacza poluzowanie społecznej presji, wyrwanie się z gorsetu ścisłych norm obyczajowych. Z drugiej – refleksję nad ceną tego uwolnienia, którą jest trwanie w dość prekarnej kondycji artystki i funkcjonowanie w środowisku opartym raczej na rywalizacji niż wzajemnym wsparciu. Jesteśmy więc dla odmiany w samym środku klasycznej opowieści o awansie i opuszczeniu rodzinnych stron, a choć u Nadolle charakterystyczna jest duża dawka humoru i autoironii, rysowany przez nią obraz pozostaje dosyć gorzki.