Konieczność unikania publicznych przestrzeni i miejskiego gwaru była przykrą konsekwencją pojawienia się koronawirusa, ale debata o tym, jak i gdzie spędzać w mieście czas, nie jest nowa. To ciekawy zbieg okoliczności, że pandemiczne obostrzenia pokryły się z wątkami analizowanymi przez urbanistów od co najmniej kilku lat. Być może teraz trafią one do szerszej świadomości i zaczną być wprowadzane w życie? Na co bowiem już jakiś czas temu zaczęli zwracać uwagę badacze miejskiego życia? Przede wszystkim na konieczność decentralizacji miast. W wielomilionowych, stale rozrastających się metropoliach trudno o prawdziwe relacje społeczne – życie w anonimowym tłumie ma swoje zalety, ale nie zapewnia zbliżenia, nawiązania kontaktów, tworzenia się społeczności. A te ludziom z pewnością są potrzebne, podczas gdy w wielkich ośrodkach nie nawiązują się w naturalny sposób. Stąd pomysł "15-minutowego miasta", metropolii składającej się z wielu mniejszych kwartałów - dzielnic, w których w odległości piętnastominutowego spaceru da się załatwić wszystkie sprawy. W tej wizji miasto rozbite jest na samowystarczalne dzielnice, które swoim mieszkańcom zapewniają wszystkie potrzebne funkcje, jak szkoły i przedszkola, sklepy, punkty handlowe i usługowe, a także przestrzenie publiczne i miejsca spotkań, wypoczynku, zabawy, rekreacji.
Plac Generała Józefa Hallera, fot. Arkadiusz Ziółek/East News
15-minutowe miasto ma wiele zalet: wspomaga tworzenie się lokalnych społeczności, bo gdy większość spraw załatwiamy blisko domu, nawiązujemy relacje z sąsiadami, spotkamy tych samych ludzi w sklepach czy osiedlowych parkach; poprawia bezpieczeństwo, bo łatwiej o nie w małych społecznościach, w których ludzie się znają, choćby tylko z widzenia; niweluje konieczność ciągłego przemieszczania się, a więc nie tylko oszczędza czas, ale i znacząco zmniejsza zanieczyszczenie powietrza; wspomaga rozwój lokalnych biznesów, rodzinnych firm, małych przedsiębiorstw, bo zamiast jeżdżenia do wielkich centrów handlowych, zachęca do robienia zakupów koło domu. Jak się okazuje, z zdecentralizowanym mieście trudniej też rozprzestrzenia się wirus: od początku pandemii eksperci wykazują, że w lokalnych społecznościach rzadziej pojawiają się ogniska zakażeń, bo ludzie spędzają czas w mniejszych grupach, nie przemieszczają się, mają mało kontaktów z obcymi, przypadkowymi osobami. Tym samym lekarstwo na anonimowość w wielkim mieście może też pomóc zatrzymać rozwój pandemii.