Stale powracającą emocją w tych pamiętnikach jest wstyd. Przejmujące jest to, że ich autorki ciągle za coś przepraszają – za to, że nie wiedzą, gdzie stawiać kropki i przecinki, czy że nadesłały naderwany rękopis, bo im „gęś zrobiła szczerbę”.
Mężczyznom, szczególnie pochodzącym z rodzin chłopskich czy robotniczych, też zdarzało się przepraszać w swoich pamiętnikach, ale robili to nieporównywalnie rzadziej. Pamiętnikarki przepraszały za wszystko. Za to, że ośmieliły się zająć komuś czas, za to, że ich życiorysy na pewno nie zostaną uznane za wystarczająco ciekawe, a one i tak przesyłają rękopis. Najczęściej jednak przepraszały już za samo zdobycie się na odwagę do pisania. Czasem nawet wybiegały z tym przepraszaniem do przodu, bo teoretycznie termin nadsyłania konkursowych pamiętników jeszcze nie minął, ale boją się, że zanim ich pamiętnik dotrze, upłynie zbyt dużo czasu, więc na wszelki wypadek przepraszają, jeśli się spóźniły. Przepraszały za krój pisma i za to, że zmieniły kolor atramentu, bo wypisało im się pióro. Tak zostały wychowane.
To bardzo przejmujące także dlatego, że to pokazuje szkatułkowy rodzaj podległości, której doświadczały. Ich miejsce w hierarchii lokalnej wspólnoty i tradycyjnej, katolickiej rodzinie wiejskiej wyznaczał ściśle określony, bardzo konserwatywny, bazujący na paradygmacie patriarchalnym wzorzec praw i obowiązków. Ale przepraszanie wskazuje też, że pamiętnikarki często nie czuły się w pełni przynależne do jakiejkolwiek wspólnoty, bo ta „wiejska”, z której pochodziły, często fundowała im doświadczenia przemocy i dominacji, a „miejska” oferowała głównie właśnie wstyd, poczucie upokorzenia i bycia nie na miejscu. Dlatego bały się, że ktoś uzna je za uzurpatorki cudzej (wyższej) kultury, jakby były nieuprawione w pisaniu. Zresztą biorąc pod uwagę to, jak potem były traktowane nawet przez jurorów konkursów poświęconych pamiętnikom mieszkańców i mieszkanek wsi, okazuje się, że wcale tak bardzo się nie myliły.
No właśnie, szczególnie ciekawe dla mnie było też to, że pokazałaś, jak te konkursy pamiętnikarskie wyglądały za kulisami. Wewnętrzne oceny pamiętników bywały dość brutalne.
Najbardziej zdziwiły mnie komentarze lektorskie Wiesława Myśliwskiego, jednego z moich absolutnie ukochanych pisarzy, który był lektorem pamiętników nadsyłanych na konkurs „Młode pokolenie wsi Polski Ludowej” z początku lat 60. Jak tylko trafiłam na jego komentarz o treści „dziewczyńskie ple-ple”, wiedziałam, że w książce musi pojawić się rozdział dotyczący procesu oceniania pamiętników spisywanych przez kobiety.
Od 2021 roku prowadziłam cykl esejów o pamiętnikach chłopskich dla „Czasu Kultury”, ale celowo pracowałam głównie na męskich pamiętnikach, kobiecym poświęciłam osobny projekt. Przyzwyczaiłam się wtedy do tego, że pamiętniki były mocno redagowane i cenzurowane, nieraz wykreślano z nich całe strony. Pracując jednak nad książką, zacząłem zwracać uwagę na komentarze recenzentów i redaktorów, które pojawiają się przy pamiętnikach kobiet i nieraz szczęka mi opadała. Wiele komentarzy odnosiło się oczywiście do kwestii polityczno-propagandowych, np. tego, że dziewczyna była córką przedwojennego ludowca. Ale dla niektórych redaktorów problematyczne okazywało się na przykład to, że w pamiętniku pojawia się opis spożywania przez kobiety wódki. W innym przypadku cenzor czy redaktor zdecydował się zmienić poszczególne słowa nazywające emocje. Dziewczyna pisała, że jest „dumna i szczęśliwa”, bo udało jej się skończyć szkołę podstawową z najlepszym wynikiem w całej klasie, a redaktor zamieniał to na krótkie, wręcz absurdalne zdanie: „byłam taka wesoła”. Ona pisała „kościół”, on zmieniał na „kościółek”, ona „mama”, on „mamusia”.
Dlaczego tak infantylizowano autorki? Może uważali, że wtedy łatwiej będzie z nimi empatyzować, będą ciekawszymi bohaterkami? W takiej formie i z takim językiem po prostu lepiej pasowały do inteligenckich wyobrażeń na temat „wiejskiej kobiety”. Czyli znów kreowano określony wizerunek mieszkanki wsi. Albo inna rzecz, która mnie uderzyła – z pamiętników kobiet urodzonych jeszcze w XIX wieku czy na początku XX wieku wykreślano rubaszne żarty. Jeśli tekst był napisany z większą werwą i biglem, często starano się je trochę przytemperować. Z historii tych ingerencji mogłaby powstać osobna książka. Ale wtedy niestety trzeba by było odebrać w jakimś stopniu głos samym pamiętnikarkom i kolejny raz przyznać go ludziom, którzy przez dekady je uciszali.
Tak już jest w świecie zbudowanym na paradygmacie patriarchalnym, że świadectwa kobiet częściej odbierane są jako pobrzmiewające fałszem, histerią, nadmierną emocjonalnością. Najbardziej przejmujące przykłady tego zjawiska znalazłam w tużpowojennym konkursie „Opis mojej wsi” z 1948 roku. Te pamiętniki wydano dopiero na początku lat 60. Krystyna Kersten i Tomasz Szarota, którzy je opracowywali, stwierdzali we wstępie, że pamiętniki kobiet były pełne opisów przyrody, bardziej rozwlekłe i mniej rzeczowe, dlatego rzadziej decydowali się publikować je w całości. Jestem przekonana, że nie kierowały nimi złe intencje, ale ten przykład trafnie obrazuje perspektywę, z której autorki pamiętników oglądano i oceniano. To właśnie w kolekcji pamiętników z tego konkursu znalazłam opowieść dziewczyny, która szczegółowo opisała, jak w maju 1945 roku rozminowywała pole rodziców. Nie trafiła do monografii. Jestem niemal pewna, że gdyby jego autorem był mężczyzna, stałoby się inaczej. Uznano ją za fantastkę, ale weryfikowałam podane przez nią informację i okazało się, że ta historia jest jak najbardziej prawdopodobna. Sprawdzałam – najpierw samodzielnie, później wraz z redaktorką książki – wszystkie istotne informacje podane przez autorki i w książce przytaczam tylko te pamiętniki, w przypadku których nie mam dużych wątpliwości i obaw co do ich rzetelności.