Jedna z twoich rozmówczyń, sołtyska Prusewa, tłumaczy, że "tylko z nazwy jesteśmy popegeerowscy". Od likwidacji państwowych gospodarstw rolnych minęło ponad trzydzieści lat, a popegeerowskie gminy to niemal 50% gmin w Polsce. Czy w trakcie rozmów do książki często spotykałeś się z takim poczuciem stygmatyzacji związanej z pochodzeniem z pegeeru?
Tak, wciąż jest takie poczucie – to chyba najbardziej neutralne określenie – bycia na bocznym torze. Takie zmaganie z poczuciem gorszości było zakorzenione w tych społecznościach od dawna, bo to nie jest tylko kwestia początku lat 90. i stygmatu filmu "Arizona"...
Do "Arizony" jeszcze wrócimy.
Już za PRL-u funkcjonował taki stereotyp pegeerowca jako 'lenia", "złodzieja" czy "polowego robola". Brało się to nie tylko z antagonistycznych relacji między rolnictwem państwowym a gospodarstwami indywidualnymi, ale i z faktu, że w pierwszych latach do pegeerów kierowane były pracownice seksualne (wtedy: "kobiety uprawiające nierząd") i osoby zwalniane z więzień. Również w wielu miejskich narracjach pojawiało się przekonanie, że jak się do niczego nie nadajesz, to pójdziesz do pegeeru.
Jak w tym stadionowym okrzyku "sędzia do pegeeru"...
Na przykład. Ostatnio redagowałem radiowy reportaż Urszuli Żółtowskiej nagrany w Mszczonowie, którego autorka wraca tam po dwóch dekadach, żeby zobaczyć, jak miasto się zmieniło na przestrzeni dwudziestu lat od wejścia do Unii. Burmistrzem Mszczonowa jest nieprzerwanie ten sam człowiek, który został naczelnikiem miasta w 1988 roku. I on w pewnym momencie mówi, że zaryzykował, idąc własną drogą, bo teoretycznie powinien był po swoich technicznych studiach przyjąć nakaz pracy, który go wówczas obowiązywał. Ale jak stwierdza, wtedy by skończył w jakimś pegeerze pod Siedlcami, a bardzo tego nie chciał. Tak więc w pokoleniu dzisiejszych sześćdziesięcio- czy siedemdziesięciolatków ten stereotyp pracy w pegeerze jako życiowej porażki wciąż jest silnie zakorzeniony.
Ale z drugiej strony, mamy też mnóstwo historii, które pokazują coś zupełnie innego – opowieści o sukcesie i zawodowym spełnieniu np. jako kadra zarządzająca średniego szczebla w pegeerze. Już nie wspominając o kierownikach największych pokazowych kombinatów, z którymi musieli liczyć się wszyscy – od pierwszego sekretarza powiatu po wiceministra odpowiedzialnego za pegeery. Bo tak naprawdę to przede wszystkim dzięki tej garstce trwale rentownych przedsiębiorstw można było wykreować tę propagandę sukcesu i opowiadać o państwowych gospodarstwach jako o przyszłości polskiego rolnictwa i jedynym słusznym rozwiązaniu.
A jakie były źródła tej niechęci, jeśli chodzi o relacje na wsi? To, że pegeery samym swoim istnieniem kwestionowały "święte prawo własności" i "chłopskie przywiązanie do ziemi"?
To na pewno, ale myślę, że chodzi też o coś więcej – przede wszystkim o długie trwanie stereotypu "dziada, który nic nie ma". Dawniej był to chłop pańszczyźniany czy komornik utrzymujący się z pracy najemnej i mieszkający kątem u kogoś w gospodarstwie. Potem był to robotnik folwarczny mieszkający w czworakach przy dworze albo pałacu. A wreszcie stał się nim etatowy robotnik polowy czy oborowy – słowem ktoś, kto cały czas pracował na nie swój rachunek.
Bartosz Panek, “Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach”, fot. Wydawnictwo Czarne
Myślę, że stąd głównie brała się ta opozycja. A z drugiej strony ci, którzy mieli coś własnego, byli cały czas niedoinwestowani. Państwo przeznaczało niewspółmiernie wyższe nakłady na inwestycje w rolnictwo, jak to się wówczas mówiło, uspołecznione. Chociaż gospodarstwa indywidualne stanowiły zdecydowaną większość gruntów ornych (78% wobec 20% ziem pegeerowskich – pozostałe 2% zajmowały spółdzielnie produkcyjne, czyli pokłosie nieudanej próby kolektywizacji w latach 50.), to na przykład w latach 70. pegeery dostawały przynajmniej ⅔ wszystkich środków przeznaczonych na inwestycje w rolnictwo.
Te nakłady szły przede wszystkim na mechanizację rolnictwa, bo pegeery miały zapewniać produkcję wielkoskalową, towarową, nierzadko monokulturową. Co ciekawe, w propagandzie czasem były porównywane do amerykańskich farm. Oczywiście ich idea wyrosła z korzenia leninowsko-kołchozowego, ale były polską odpowiedzią na ten wzorzec – bo w zasadzie kolektywizacja w czystej postaci nigdy w Polsce nie nastąpiła (choć zapis o nienaruszalności gospodarstw indywidualnych pojawił się dopiero na początku lat 80., wskutek presji wywieranej przez "Solidarność" Rolników Indywidualnych). Wspominał też o tym Andrzej Werblan w rozmowie z Karolem Modzelewskim: ten szeroki strumień kasy, który płynął do pegeerów w dekadzie Gierka, był również próbą odpowiedzi na naciski ze strony Moskwy, żeby jednak nie odpuszczać i nadal kolektywizować. Ale Gierek nie tworzył kołchozów, tylko inwestował w pegeery, żeby stały się atrakcyjnymi miejscami do życia.