W przypadku tych egalitarnych wizji możemy też mówić o dwóch modelach: ariańskim, odrzucającym przemoc i kozackim, który z czasem stał się narzędziem w rękach opresyjnego państwa.
Tak, bardzo dobrze ujął to francuski antropolog Pierre Clastres, który rozpoczął właściwie dyskusję o bezpaństwach: społeczeństwa antypaństwowe trzymały państwo na wyciągniecie ręki. Chcą być antytezą państwa hierarchicznego, egalitarne i oparte na konsensusie i demokracji, ale z drugiej strony to państwo ich fascynuje i nęci. Tak jak to się rozwinęło w przypadku wspólnoty kozackiej: od ludzi, którzy mieli wolność na sztandarach, po Kozaków, którzy pacyfikowali w imieniu cara strajki w XIX wielu. Tak też było np. w przypadku handlu niewolnikami – uczestniczyło w nim wiele struktur plemiennych i bezpaństwowych. Krajobraz bezpaństw był złożony i niejednoznaczny. Nie było tam nierówności państwowej, opartej na hierarchii i dystynkcji między kulturą dworu (pisma, literatury, kuchni etc.) a plebsu, ale były na przykład osadzone na patriarchalnych relacjach. Wiele bezpaństw było także opresyjnych, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
Świetnym tego przykładem są też piraci. Często piratami zostawali zbiegli niewolnicy, którzy z czasem sami zaczęli uczestniczyć w handlu niewolnikami, choć teoretycznie powinni stać w opozycji do instytucji niewolnictwa. Te osobiste wybory były niejednoznaczne. Tak jak mówiłem, arianizm był plebejską religią, ale tam też były osoby, które urodziły się w stanie szlacheckim, które podejmowały moralną i polityczną decyzję, że chcą żyć inaczej. Z drugiej strony, mamy wiele osób, które urodziły się w klasie włościańskiej, a aspirowały do tego, żeby być panami i robiły wszystko, żeby do tej pańskości się przedrzeć.
Uwłaszczenie chłopów, jak każda transformacja, miało swoich zwycięzców i przegranych. I znów najbardziej pokrzywdzone było tytułowe chamstwo, wiejska służba.
Wspomniany już Jakub Bojko w pierwszej części "Dwóch dusz" sugestywnie opisuje pańszczyźniane realia. Wymowa drugiej części książki jest jednak taka: powinniśmy zapomnieć o tym, pańszczyzny już nie ma, choć ona tkwi wciąż w naszych nawykach. To jest to, z czym się Bojko zmagał, z tym wewnętrznym lokajem, który uniemożliwia klasie chłopskiej bycie sobą. Możliwość awansu społecznego istniała wcześniej, ale chłopi, żeby go doświadczyć, musieli przestać być chłopami. Stąd inne znaczenie słowa "chamstwo" – nuworysze. Walerian Nekanda Trepka w "Liber chamorum" tropił właśnie ślady takich "farbowanych lisów": ludzi, którzy zarobili trochę grosza, dokupywali sobie "-ski" na końcu nazwiska i stawali się szlachcicami. Wyjeżdżali do innej części kraju, gdzie nikt ich nie znał, przedstawiali się jako szlachta i w ten sposób wchodzili w szeregi herbowych.
Po uwłaszczeniu chłopi mogli awansować ekonomicznie, nie wyrzekając się przy tym swojej klasy. Oczywiście, awansowała elita chłopska, czego Bojko, późniejszy poseł w austriackim parlamencie i polskim sejmie, jest dobrym przykładem. I co jest ciekawe, pisał o tym m.in. Stefan Czarnecki w latach 30., że elita chłopska z okresu międzywojennego zupełnie już przypominała szlachtę w swoich obyczajach. Widać w tym wyraźnie patriarchalny charakter tamtego społeczeństwa. Wiadomo, że lepiej było urodzić się szlachcicem niż chłopem (choć oczywiście było zarówno wielu biednych szlachciców, jak i bogatych chłopów), ale na końcu i tak liczył się ten męski uścisk dłoni pomiędzy kmiecią elitą a szlachtą. I to nawet w czasach pańszczyźnianych. Bo to chłop – znów w podwójnym tego słowa znaczeniu – trzymał za pysk to chamstwo, które na pańszczyznę wychodziło. To, że dwór nie musiał dyscyplinować służby, tylko odbywało się to na niższym szczeblu, było kluczowym elementem tego systemu. A to, co się wydarzyło po zniesieniu pańszczyzny, było kwintesencją tego paktu ojców: uścisk dłoni stał się tylko silniejszy. Znamy datę końca pańszczyzny, ale nie znamy daty końca patriarchatu. I to jest trzeci sposób streszczenia "Chamstwa": to książka o folwarcznej genezie patriarchatu, który nie zniknął po uwłaszczeniu, a wręcz okrzepł.
Bojko w pierwszej części książki opisuje te realia pańszczyzny, a w drugiej pisze, żeby nie rozdrapywać tych ran; było bicie, były szubienice, ale teraz idźmy do przodu. Takie same głosy pojawiały się po stronie szlachty: była rabacja, ale, jak u Wyspiańskiego, "myśmy wszystko zapomnieli". Zrozumiałe jest to, dlaczego bagatelizuje się przemoc ze strony sprawców, nawet jeśli mowa tu o symbolicznych potomkach sprawców. Dlaczego jednak ofiary się na to decydowały? Bo to też jest wstydliwe. Ludwik Stomma tłumaczył w ten sposób to, dlaczego w zbiorach Kolberga dominują treści radosne, pieśni i zabawy. Nie było przecież tak, że polski chłop tylko śpiewał i pląsał, przede wszystkim pracował. Jednak to były rzeczy, z których ludzie mogli być dumni, dzięki tej twórczości chcieli przedstawić siebie w lepszym świetle.
I wreszcie, coś, co może się wydawać paradoksalne. Pisze pan, że to w Polsce Ludowej nasiliło się retuszowanie historii pańszczyźnianej przemocy. Skąd się to wzięło?
To był splot wielu okoliczności. Wydaje mi się, że najważniejszy tu był aspekt pokoleniowy, który akurat nie miał nic wspólnego z PRL. Pamięć rodzinna sięga z reguły trzech, maksymalnie czterech pokoleń, czyli sto, sto dwadzieścia lat w porywach. Ja na przykład jestem w stanie odtworzyć w miarę szczegółowo życie mojej rodziny do końca XIX wieku. Widać to też zresztą na cmentarzach, gdzie bardzo mało jest nagrobków z XVIII wieku. Przeszłość, którą symbolicznie pielęgnujemy, do której wybieramy się na 1 listopada, to są nasi dziadkowie i pradziadkowie.
Gdy czyta się międzywojenne relacje, np. pamiętniki chłopów, to w nich sporo wspomina się o pańszczyźnie, bo ludzie znali ją jeszcze z opowieści przodków. Przede wszystkim przetrwała pamięć o przemocy, bo bicie było wspólnym mianownikiem wszystkich tych relacji.
W okresie PRL pamięć o pańszczyźnie staje się pustym znaczącym, podręcznikowym banałem sprowadzonym do obrazka chłopa w dybach. Bo nie skleja się już w żadnej sposób z historiami rodzinnymi, osobistymi. Nie ma kto wyjaśnić, co to właściwie znaczy.
Z drugiej strony, reforma rolna, urbanizacja i industrializacja otwierają jeszcze szerzej te wrota mobilności społecznej. I to był moment, w którym zaczęto aspirować do kultury szlacheckiej, stąd ten "masowy sarmatyzm", o którym pisał Przemysław Czapliński. Ekranizacje Sienkiewicza trafiły do o wiele szerszego kręgu odbiorców niż książki. Kultura szlachecka zeszła dosłownie pod strzechy. Państwo miało takie narzędzia jak podręczniki, telewizja, masowe czytelnictwo w ogromnych nakładach. Wtedy też miał miejsce renesans badań nad kulturą szlachecką. Inteligencja, która jako grupa jest bezpośrednią spadkobierczynią szlachty, tworzyła to powojenne państwo na własny obraz.