Był również współautorem autorskich programów satyrycznych nadawanych w telewizji ("Kernalia", 1965; "Trzy tysiące sekund z Ludwikiem Jerzym Kernem", 1965; "Kuchenny walc", 1967; "Karnawał ante portas", 1968; "U fotografa", 1968; "Na plaży", 1970; "Porachunki małżeńskie", 1974; "Kwadrans pod psem. Wiersze i piosenki", 1982; "Kernalia, czyli cztery łapy", 1994).
Wszystkie utwory Kerna bardzo celnie punktowały nasz obyczaj. Jednakże z jego wierszy satyrycznych co i rusz wyziera dusza liryka. Komentował:
Na to, żeby być prawdziwym lirycznym poetą, trzeba być duchowym ekshibicjonistą. A mnie taki striptiz przeszkadza. Gdybym został aktorem, także musiałbym się psychicznie rozbierać i pokazywać wnętrze swojej czaszki. Bez tego nie można być dobrym aktorem ani poetą lirycznym. Uratowała mnie satyra i ironiczne spojrzenie. Gdybym zdecydował się na czystą lirykę, a nie do końca odsłaniał, byłoby to przypuszczalnie nieprawdziwe i niedobre.
A im młodsi czytelnicy, tym lepiej weryfikują twórczość literacką. Do napisania "Ferdynanda Wspaniałego" – książki, która podbiła serca kilku pokoleń dzieci, zainspirowała go jego suczka, boskerka Farsa. Jak opowiadał:
Miałem suczkę Farsę, która leżała przy moich nogach i bardzo grzecznie się zachowywała. Za to we śnie szczerzyła zęby, przebierała łapami i powarkiwała. Kiedyś pomyślałem sobie, iż pewnie śni się jej, że jest człowiekiem. Wziąłem długopis. Zapisałem to, co pies wymyślił.
"Ferdynard Wspaniały" był wielkim sukcesu wydawniczego także poza krajem: doczekał się kilkunastu przekładów w tym na japoński, estoński, ormiański i hebrajski. To właśnie dzięki szalonym przygodom Ferdynanda Kern wybudował sobie dom na krakowskim Wzgórzu Salwatorskim. Psy odgrywały zresztą ważną rolę w życiu satyryka:
Pamiętam, jak kiedyś zjawił się nagle Tadeusz Łomnicki [...]. Wyjąłem coś do jedzenia, wypiliśmy kielicha. Przy następnych toastach zaczęliśmy się nawzajem odznaczać medalami moich psów. Nagle wróciła Stebnicka, weszła do kuchni i oniemiała – całe popiersia mieliśmy obwieszone psimi orderami. To był niezapomniany wieczór.
Satyrycy lubią się podśmiewać z wad innych ludzi. Wychodzi na to, że sami żadnych słabości nie mają. Do jednej jednak Ludwik Jerzy Kern się przyznał:
Poza granice tego kraju wyszedłem jako pisarz dla dzieci, nie zaś jako satyryk. Bo kogo w Paryżu interesuje, że stałem kilka godzin w kolejce, by na Dzień Kobiet zdobyć dla żony... kostkę masła. Zacząłem pisać dla dzieci i nie omyliłem się. Moje książki mają tłumaczenia w świecie. Na dodatek jestem wicekanclerzem Kapituły Orderu Uśmiechu. Sporo więc robię dla dzieci, ale nie wyobrażam sobie życia z dwojgiem lub trojgiem maleństw. Nic bym dla nich nie mógł napisać, bo do tego muszę mieć absolutny spokój. Jest więc we mnie jakaś uczuciowa i charakterologiczna kolizja. Moje wnuki zostały wychowane poza mną.
Jest coś jednak w tym, że pisarze utworów dla dzieci, przeważnie są bezdzietni, jak na przykład Julian Tuwim czy Jan Brzechwa. Co ciekawe, dla dzieci najlepiej piszą satyrycy, a nie poeci serio.
W ostatnich latach życia Ludwik Jerzy Kern publikował okazjonalnie w miesięczniku "Kraków".
Był członkiem Związku Zawodowego Dziennikarzy RP (1945-1951) i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (1951-1982), Związku Literatów Polskich (1953-1983), Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (1989-2010).