Wkrótce potem wyjechał z Polski – wpierw do Niemiec, później do Izraela, gdzie przez siedem lat był związany z grupą tańca współczesnego Kibbutz Contemporary Dance Company, z którą pracowali między innymi Mats Ek, Jiři Kyliàn i Emanuel Gat. Z izraelską kompanią zetknął się jeszcze w Europie i przeżył wtedy prawdziwe objawienie. "Zupełnie inna estetyka, inna wrażliwość, inna fizyczność, siła i drapieżność. Wtedy w Europie nikt tak nie tańczył", wyznał w jednym z wywiadów. Powziął decyzję, że albo dostanie się do zespołu, albo w ogóle przestanie tańczyć. Udało się. Wkrótce potem Przybyłowicz zamieszkał w kibucu, odizolowanej od świata zewnętrznego "oazie tańca", gdzie pracował dzień w dzień po kilkanaście godzin, z przerwą na trzytygodniowe wakacje. Właśnie tam narodził się na nowo jako tancerz – niezmordowany, występujący w dwustu spektaklach rocznie, w Izraelu i na całym świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Meksyku, w Singapurze, Chinach i Japonii. Właśnie tam nauczył się, jak stać się w pełni świadomym tworzywem w rękach choreografa. Ramiego Be’era, dyrektora zespołu, nazwał swym "ojcem chrzestnym" w dziedzinie komponowania tańca. Wspominając tamte doświadczenia w rozmowie z Martyną Pietras, powołał się także na Ohada Naharina, szefa Batsheva Dance Company, w którego spektaklu "Kyr" tańczył w 1997 roku, oraz na jego ucznia Itzika Galilego, który w tym czasie prowadził już własny zespół w Holandii. Trzej izraelscy choreografowie "odcisnęli wielkie, pozytywne piętno na tym, co robię", podkreślił dobitnie Przybyłowicz.