Inspirowany Szekspirem nastoletni melodramat w filmie Skoniecznego przeobraża się w hołd dla Wrocławia przełomu wieków. Jego "Wrooklyn Zoo" to film efektowny, ale bełkotliwy, pulsujący energią, ale zbyt często ocierający się o grafomanię.
Gdy przed dziesięcioma laty Krzysztof Skonieczny zadebiutował pełnometrażowym "Hardkor Disko", z miejsca stał się nową nadzieją polskiego kina. Oczekiwania wobec niego wzrosły jeszcze bardziej, gdy wyreżyserowane przez niego "Ślepnąc od świateł" według powieści Jakuba Żulczyka wdarło się na listę kultowych polskich seriali. Stając na planie "Wrooklyn Zoo", Skonieczny musiał zatem zmierzyć się z gigantycznymi oczekiwaniami widzów i krytyków. Nie dał się im jednak sparaliżować, a w stworzonym przez siebie filmie udowodnił własną artystyczną niepodległość i odwagę. Czy oznacza to, że "Wrooklyn…" jest filmem udanym? Ano niekoniecznie. Historia młodego skejta (Mateusz Okuła), który szykuje się do zawodów mających otworzyć mu drzwi do sportowej kariery, pięknej Romki (Natalia Szmidt) będącej obiektem jego westchnień i dziadka-alkoholika jest bowiem jednocześnie banalna i bełkotliwa.
Krzysztof Skonieczny zabiera nas do duchologicznej rzeczywistości wspomnień i wyobrażeń o przeszłości. Wraca do czasów swojej młodości, ożywiając na ekranie Wrocław przełomu wieków. Ale świat "Wrooklyn Zoo" nie odwzorowuje realistycznie rzeczywistości końca lat 90., lecz miesza ją z fantazjami i wspomnieniami zniekształconymi przez czas. Po ulicach Wrocławia wożą się skinheadzi, młodzi skejterzy wywracają się na rozsianych po mieście rampach, a miejscowi Romowie żyją w odseparowanym getcie. Z plakatów w pokojach nastoletnich bohaterów spoglądają na nas bohaterowie młodzieńczej wyobraźni tamtego czasu, ale już język niektórych dialogów jest na wskroś współczesny.
Reżyser we "Wrooklyn Zoo" powołuje więc rzeczywistość zawieszoną poza czasem. Ale problemem jego filmu nie jest niespójność ekranowego uniwersum, lecz raczej fakt, że "Wrooklyn…" ugina się od nadmiaru tematów, wątków i spraw do rozwiązania. Skonieczny łączy naiwny melodramat z opowieścią o sportowym wyzwaniu, ale żaden z tych wątków nie może właściwie wybrzmieć, bo zagłuszają je kolejne, czekające w kolejce do opowiedzenia. A kolejka to długa, bo do historii o dorastaniu reżyser dorzuca też opowieść o przemocy i nacjonalizmie, powojennych przesiedleńcach, nietolerancji, holokauście, polskich winach z czasów II wojny i duchach snujących się po stolicy Dolnego Śląska.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kadr z filmu "Wrooklyn Zoo Facebook", reżyseria: Krzysztof Skonieczny, 2024, fot. Tutek Media/Kino Świat
Obrazek
wrooklyn_zoo_lukasz_bak_21.jpg
Nadmiarowi tematów towarzyszy jednocześnie estetyczne przeładowanie. Skonieczny miesza bowiem różne gatunki, tonacje i style. Naiwna miłosna opowiastka podbijana jest przez nawiązania do "Romea i Julii", film zemsty spotyka się z teledyskiem, a estetyka offowego eksperymentu przenika się z małym realizmem i estetycznym kiczem wywołującym ciarki żenady. Skonieczny odważnie bawi się kinem, co można i trzeba docenić w do bólu zachowawczym polskim kinie, ale jego filmowi nie przybywa przez to sensu. "Wrooklyn…" sprawia bowiem wrażenie młodzieńczego eksperymentu, który nadspodziewanie często osuwa się w kierunku filmowej grafomanii.
Filmowi nie pomaga też nierówna obsada, w której profesjonalni aktorzy spotykają się z amatorami. Reżyser powierza dwie główne role naturszczykom, każąc im dźwigać na swoich barkach ciężar całej opowieści. Wcielający się w filmowego "Kosę" Mateusz Okuła wygłasza więc swoje kwestie tak, jakby próbował parodiować osobliwy styl aktorski Michała Koterskiego, a odgrywająca rolę romskiej piękności Natalia Szmidt radzi sobie niewiele lepiej. Aktorskie braki widać tym wyraźniej, że dwójce naturszczyków towarzyszą u Skoniecznego profesjonalni aktorzy obdarzeni wyjątkową charyzmą i ekranową siłą. Jan Frycz w roli dziadka z łatwością zawłaszcza więc filmowy ekran, a kolejne sceny kradnie dla siebie Konrad Eleryk, kreujący tu magnetyczną rolę brutalnego nacjonalisty, w której ewidentnie czerpie inspirację m.in. z postaci "Jaszczura" – internetowego patostreamera, wulgarnego narodowego kaznodziei docierającego do środowisk radykalnej prawicy.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kadr z filmu "Wrooklyn Zoo Facebook", reżyseria: Krzysztof Skonieczny, 2024, fot. Tutek Media/Kino Świat
Obrazek
wrooklyn_zoo_patryk_sawicki_31.jpg
Choć na plakacie filmu twórcy obiecują, że to opowieść o miłości, za sprawą której świat zapłonie, w filmie Skoniecznego ogień pożera jedynie mały działkowy domek. We "Wrooklyn Zoo" uczucia bohaterów są bowiem drugorzędne, a reżysera bardziej od postaci i ich miłości interesuje efektowna żonglerka filmowymi schematami i stylami. I choć nowy obraz autora "Hardkor Disco" może imponować formalną odwagą i znakomitym montażem (wyróżniony na festiwalu w Gdyni Sebastian Mialik), ich rewersem jest narracyjna bełkotliwość i estetyczny kicz, który zamiast zaangażowania wywołuje jedynie poczucie zawstydzenia.
- "Wrooklyn Zoo", Scenariusz i reżyseria: Krzysztof Skonieczny. Zdjęcia: Adam Pietkiewicz. Scenografia: Stefania Strzałkowska-Rajca, Maciej Strzałkowski-Rajca. Kostiumy: Zofia Komasa. Dźwięk: Bartosz Putkiewicz. Montaż: Sebastian Mialik. Występują: Mateusz Okuła, Natalia Szmidt, Jan Frycz, Konrad Eleryk.