Praski rodowód Monoloka
Autor często podkreśla, że jego zamiłowanie do opowieści zaczęło się już we wczesnym dzieciństwie, w trakcie wakacji spędzanych u dziadków na Grochowie właśnie. Mieszkała tam także prababcia autora, Regina, urodzona jeszcze w wieku dziewiętnastym.
Te opowieści rodem z przedwojennych kamienic i zakazanych podwórek, tak odmienne od tych z betonowych osiedli Stegien, gdzie Sołtys mieszkał na co dzień, najpierw przenikały do jego piosenek, a później do prozy, w której nie mniej niż treść ważne są rytm, melodia, postaci i ich język. Charakter, który objawia się w przestawionym szyku zdania czy przemieszczonym „się”, siarczystym przekleństwie, właściwych postaci słowach w rodzaju Poniatowszczaka czy cyngwajsu.
Monolok budzi jak najbardziej uprawnione skojarzenia sceniczne, ma bowiem potencjał i rodowód bliski teatrowi. Pomysł na książkę narodził się przecież po napisaniu Monologu barmana z baru Mambo, opublikowanego w miesięczniku „Teatr” w 2023 roku.
Autor, zapytany na spotkaniu z okazji premiery książki, czy bohater Monoloka, który jako bodaj jedyny z głównych postaci jego prozy wiedzie dobre życie, ma coś z niego samego, odpowiedział, że na pewno podziela wiele przekonań protagonisty, zawsze jednak stara się przy pisaniu od tych podobieństw uciekać. Lubi powtarzać za Amosem Ozem, że pisanie polega przede wszystkim na „wchodzeniu w cudze buty”. Jednocześnie wiele z niego samego mają drugoplanowe czy nawet epizodyczne postaci.
Fotel fryzjerski jako centrum grochowskiego świata
W toku opowieści narrator Monoloka wspomina swoich klientów i historie, które snuli w jego fotelu, czasem z nudów, patrząc sami sobie w oczy. Wspomina także własne życie: trudne wojenne i powojenne dzieciństwo, bidul, miłość do żony, zmieniającą się wciąż Warszawę. Język tych wspominków jest subtelnie stylizowany na gwarę praską.
W przeciwieństwie do głównego bohatera Sierpnia, poprzedniej książki Sołtysa, narrator najnowszej nie jest intelektualistą, ale lubi czytać i oglądać telewizję. Ma za to dar słuchania innych. W jego salonie odbywają się prawdziwe pojedynki na opowieści klientów z różnych środowisk. To, co łączy te historie, to wspólne miejsca, nazwy ulic, wydarzenia, ludzie. Apteczna, Kickiego, Mińska, Instytut Weterynarii, „Astoria”, „Różyc”, ksywki, nietypowe imiona i nazwiska, powiedzonka, np. „puścić perskie oko”. To także przeszłość, historia, która sięga nie tylko PRL-u, lecz także getta i powstania. Nie brakuje w niej soczystych kawałków: oto ktoś chciał strzelać do księżyca na weselu, komuś płonęła karuzela plastikowych łabędzi, trzy siostry wróżyły z kart, jeszcze ktoś inny robił magiczne sztuczki, by odwrócić uwagę od rabunku, co skończyło się pobytem za kratkami. Opus vitae pewnego garbusa stanowił Pałac Kultury zbudowany z zapałek. Opowieści te bywają śmieszne, tragiczne czy tragikomiczne, ale przeważają te smutne, przejmujące. Kogoś pchnięto nożem w ciemnym zaułku, czyjaś opuszczona dziewczyna paliła krawat Roberta Kennedy’ego, który trafił na Pragę z „Krokodyla”, powstaniec z Kedywu nie wytrzymał wykonywania wyroków i sam strzelił sobie w łeb. Obok Polaków pojawiają się przymusowo osiedleni Romowie, ludzie różnych stanów sąsiadują ze sobą, cierpią, kochają, bawią się, umierają…
Monolok to swobodna podróż w czasie, pozbawiona ścisłej chronologii na wzór ludzkiej pamięci; miks faktów, zmyśleń, legend i anegdot. Powrót do życia bez smartfonów i internetu, do knajpianych rozmów, z narratorem niekryjącym się z fascynacją niebanalnymi kobietami, półświatkiem, folklorem, tajnikami ludzkiej duszy i tym, co kryje się pod powierzchnią, pod garbem. Ciałem poparzonym, grubym albo starzejącym się, zakochanym czy za chwilę rodzącym inne ciało, ciałem dziecka w bidulu, któremu fryzjer, pamiętając własne przeżycia z dzieciństwa, za darmo strzyże włosy tak, jak ono sobie tego życzy.