Cały problem oczywiście w tym, że Europa Wschodnia to kraina upiorów, w której złożenie kogoś do grobu czasem niczego nie załatwia. Niektórzy zmarli wstają z trumien i wracają między swoich krewnych, znajomych i sąsiadów. Granica między życiem a śmiercią bywa bardzo skomplikowana. Wspomnienia bezpiecznie zmagazynowane w pamięci najstarszych ludzi i na pożółkłych fotografiach znowu oblekają się w ciało. Można zestawiać ze sobą fotografie odeskiej opery w czasie II Wojny Światowej i dziś – worki z piaskiem i zapory przeciwczołgowe były wtedy takie same jak dzisiaj. Przerażenie mieszkańców oblężonego Mariupola przypomina grozę oblężenia Leningradu. Potwory wstały z grobów. Rosyjska armia nie darmo posługuje się literką Z – słowo "zombie" szybko stało się drugim obok "orków" określeniem najeźdźców. To wojsko, które, jak horda zombie, załamuje się pod własnym ciężarem, rozpada na kawałki, ale wciąż napiera i morduje.
Upiorne obrazy postsowieckich ruin zaludnionych potworami i żywymi trupami to motyw, który szczególnie często powraca w grach wideo. Od zmarłej wracającej z zaświatów zaczyna się stworzona przez gliwickie studio Farm 51 gra "Chernobylite". Jej bohater, Igor – w latach 80-tych naukowiec pracujący w elektrowni atomowej w Czarnobylu – jest nękany przez dziwne sny i wizje, w których spotyka swoją ukochaną, zaginioną w czasie katastrofy w 1986 roku. Wraca do Zony, by ją odnaleźć. Tereny wokół elektrowni bardzo się zmieniły. Pojawia się na nich tajemnicza substancja, nazywana czarnobylitem. W rzeczywistości to powstała w czasie katastrofy silnie radioaktywna substancja, znaleziona w rdzeniu jednego z reaktorów. W grze czarnobylit zyskuje nowe własności – jego ogromne, świecące zielonym światłem kryształy stopniowo oplatają Zonę i zmieniają działające w niej prawa fizyki. Widać tu wyraźną inspirację serią gier "S.T.A.L.K.E.R." (więcej o niej w dalszej części tekstu), która z kolei zaczerpnęła pomysł na anomalie fizyczne z "Pikniku na skraju drogi" braci Strugackich. Za sprawą rozprzestrzeniającego się czarnobylitu w Zonie pojawiają się też stwory (dosłownie) nie z tego świata, dziwne antropomorficzne postaci, które niezmiennie polują na naszego bohatera. Są też przeciwnicy bardziej prozaiczni – firma zbrojeniowa NAR wykupuje prawo do badań nad czarnobylitem na terenie Zony i bez litości tępi wszystkich, którym uda się przedostać w okolice elektrowni.
"Chernobylite" ma ciekawy rodowód. Wyrasta z dokumentalnego projektu "Chernobyl VR", opartego na fotogrametrii. Ekipa Farm 51 odbyła cały szereg wypraw do Zony, pieczołowicie obfotografowując ze wszystkich stron przedmioty, budynki i pomieszczenia, a następnie zbudowała na podstawie tych fotografii wirtualne przestrzenie do złudzenia przypominające autentyczne miejsca. Projekt robił spore wrażenie – połączenie fotorealizmu z wirtualną rzeczywistością dawało bardzo silne poczucie kontaktu z prawdziwą Zoną. Stał się też inspiracją dla innych – ukraiński fotoreporter Alexey Furman, który brał udział w wyprawach zbierających materiały do "Chernobyl VR", zainteresował się technikami stosowanymi przy tworzeniu aplikacji na tyle, że później stworzył własny projekt dokumentalny, "Aftermath VR: Euromaidan", opowiadający o ukraińskiej rewolucji godności. Niestety, "Chernobyl VR" nigdy nie doczekał się ostatecznej wersji. Umożliwia obejrzenie kilku trójwymiarowych lokacji oraz szeregu materiałów dokumentalnych i zdjęć 360 stopni.
Twórcy z Farm 51 nie zrezygnowali jednak z idei wirtualnej wycieczki do Zony, a materiały zebrane na potrzeby aplikacji VR wykorzystali przy tworzeniu gry. Elementy fantastyczne i sensacyjne nie przesłaniają dokumentalnego zacięcia, które leżało u źródeł projektu. Czy zwiedzamy zarośnięte drzewami blokowiska Prypeci, czy ukryte w gęstym lesie, rozpadające się ze starości sowieckie domki letniskowe, poczucie zanurzenia w rzeczywistej przestrzeni okolic Czarnobyla jest bardzo silne. Potwory, najemnicy i rozrastające się kryształy czarnobylitu stają się naturalnym elementem tego krajobrazu. Sugestywność i spójność tego zestawienia to chyba największa siła gry. Z jednej strony widzimy autentyczne ślady przeszłości (i widoki, i powracające od czasu do czasu wspomnienia czasu katastrofy), a z drugiej narastające na nich kolejne warstwy fantastycznej grozy. Doświadczenie gry w "Chernobylite" leży w połowie drogi między zwiedzaniem muzeum a interaktywnym horrorem.
"Chernobylite" nie jest pierwszą grą, która podeszła w ten sposób do okolic Czarnobyla. Praprzodkiem wszystkich tego rodzaju gier jest "S.T.A.L.K.E.R: Cień Czarnobyla", wydany w roku 2007 przez kijowskie studio GSC Game World. Związki między tymi dwoma tytułami są oczywiste, tym bardziej, że jednym ze scenarzystów gry z Gliwic jest Oleksii Sytianov, który współtworzył "S.T.A.L.K.E.R.a". Gra jest luźno oparta na motywach "Pikniku na skraju drogi", ale nawiązania do powieści ograniczają się właściwie do tego, że Zona, którą zwiedzamy, jest pełna tajemniczych anomalii fizycznych, i że jest wciąż przeczesywana przez grupki stalkerów - poszukiwaczy artefaktów nie z tego świata. Powiązania z filmem Andrieja Tarkowskiego są, mimo tytułu, jeszcze wątlejsze. Miejscem akcji nie jest nieokreślona strefa zmieniona przez interwencję nieznanych sił, tylko okolice elektrowni w Czarnobylu, gdzie doszło do drugiej katastrofy, dużo bardziej tajemniczej od tej pierwszej. Poza niezwykłymi artefaktami, przyciągającymi poszukiwaczy skarbów, w Zonie pojawiły się też roje niebezpiecznych mutantów – od ogromnych krwiożerczych psów po istoty, które kiedyś pewnie były ludźmi. Teraz okolice elektrowni są miejscem walk całego szeregu frakcji (od stalkerów po wojsko), którzy próbują odkryć źródło wszystkich tych dziwnych zmian.