W całym tym okropieństwie istnieje jeszcze jedna równoległa rzeczywistość. To świat Ukraińców, którzy usiłują ocalić swą ludzką godność i udzielać pomocy. Setki tysięcy ludzi uciekają spod bombardowań, a miliony Ukraińców w innych miastach jednoczą się, żeby ich przyjąć, nakarmić, ogrzać i zapewnić dach nad głową. Ludzie otwierają swoje domy dla innych, których nigdy wcześniej nie widzieli. Ludzie od rana do nocy zajmują się pracą wolontariacką, przygotowują sale gimnastyczne na pobyt uchodźców, wysyłają medykamenty do miast frontowych, wyplatają siatki maskujące dla żołnierzy.
W tym strasznym czasie opiekunowie i psycholodzy próbują bawić się z dziećmi uchodźców, a ludzie przynoszą im zabawki. Wszyscy ci wspaniali ludzie starają się udawać, że nie chcą płakać, niosą pomoc humanitarną i szybko wracają do swoich samochodów, by tam dać upust emocjom. Nie pozwalamy sobie na łzy, bo musimy się trzymać i dodawać sobie wzajemnie otuchy. A przecież płakać – z czułości i gniewu – chcą wszyscy. Płakać za minionym życiem, które zaledwie sześć dni temu było normalne, ale już nigdy nie będzie takie jak dawniej.
W tych chwilach, kiedy Rosjanie ostrzeliwują dziesiątki małych i dużych miast ukraińskich, prezydent mojego kraju zwraca się do UE z prośbą o uznanie perspektywy członkostwa Ukrainy. Nie głosowałem na Zełeńskiego. Muszę to podkreślić, bo to, o co walczymy nie jest zwykłą walką o Ukrainę. To walka o Europę. Walczymy o demokrację, o prawo wyboru dla człowieka i samookreślenia dla państwa, o prawa człowieka i godność ludzką. Mamy odmienne poglądy polityczne, mówimy w różnych językach, modlimy się lub uważamy za agnostyków, czytamy różne książki i słuchamy różnej muzyki, ale dziś jesteśmy zjednoczeni i gotowi umrzeć za prawo do różnorodności. Bo właśnie ono jest podstawą Europy, fundamentem szacunku dla wszystkich – tak bardzo się różniących, lecz równie wspaniałych – ludzi. Rosja chce zniszczyć Ukrainę jedynie za to, że nie jesteśmy tacy, jak oni, że mamy własną wizję naszej przyszłości.