Skądinąd nie jedynym i nie pierwszym. To właśnie Netflix stoi za nominowaną do Oscara za scenariusz adaptowany "Balladą o Busterze Scruggsie" braci Coen i to produkcja internetowego hegemona przed kilkunastoma miesiącami wywołała wielkie kontrowersje podczas festiwalu w Cannes. Mowa o "Okji" Joon-ho Bonga, której canneńska premiera w 2017 roku przez część publiczności i środowiska filmowego uznana została za skandal i atak na kino jako sztukę.
Oscarowy sukces "Romy" uwiarygadnia Netfliksa jako producenta wysokiej jakości kina artystycznego i buduje jego portfolio. Nic więc dziwnego, że internetowy gigant zainwestował miliony w oscarową promocję, zapewniając tej skromnej, czarno-białej produkcji ogromny rozgłos.
Nie oznacza to wcale, że w tej walce z Goliatem "Zimna wojna" była skromnym Dawidem – także film Pawlikowskiego otrzymał w Stanach wielkie promocyjne wsparcie. Jego dystrybutorem w USA jest bowiem Amazon, wielki rywal Netfliksa, z którym rywalizuje o wpływy na streamingowym rynku i prestiż.
Oscary epoki politycznej
Tegoroczne Oscary naznaczone były również politycznymi kontekstami. Dość powiedzieć, że wśród dziewięciu obrazów nominowanych do Oscara dla najlepszego filmu nie było choćby jednego tytułu, który nie dawałby się czytać jako wypowiedź okołopolityczna.
"Czarna Pantera" otrzymała oscarową nominację jako pierwszy film o czarnym superbohaterze, mimo że artystyczny poziom tej produkcji pozostawia wiele do życzenia. Jako głos w dyskusji o rasizmie czytać trzeba "Green Book" Petera Farelly’ego i przecenianego "BlackKklansmana" Spike’a Lee. W "Vice" usłyszeć można ironiczny komentarz do świata współczesnej (post)polityki, w "Faworycie" oraz "Narodzinach gwiazdy" – echa dyskusji o równości płci, a w do bólu przeciętnym "Bohemian Rapsody" – opowieść o rasowym i klasowym wykluczeniu oraz o mniejszościach seksualnych.
Polityczne konteksty pracowały także na notowania "Romy". Nie tylko jako opowieści o kobiecej emancypacji w świecie rządzonym przez mężczyzn, ale także jako filmowej wypowiedzi, która może być czytana jako komentarz do polityki Donalda Trumpa. W Hollywood, które w większości opowiada się przeciwko imigracyjnej polityce obecnego prezydenta USA, "Roma" stała się filmowym manifestem i sposobem okazania sprzeciwu wobec niej. Polityczny kontekst, w jakim film wchodził na ekrany, pomógł członkom akademii w docenieniu produkcji Cuaróna, a także nominowaniu do Oscara aktorek odgrywających w niej główne role: Yalitzy Aparicio i Mariny de Taviry.
"Zimna wojna" wśród najlepszych filmów roku