Choć Zwiagincew niemal wprost rzuca oskarżenie wobec Władimira Putina – faktycznego mocodawcy skorumpowanego i okrutnego systemu, o którym opowiada - jego film został oficjalnym kandydatem Rosji w walce o Oscara. Przez lata reżyser "Powrotu" i "Eleny" zapracował sobie na opinię jednego z najwybitniejszych twórców swojego pokolenia na świecie. Dla władz wystawienie "Lewiatana" do oscarowej rywalizacji miało być dowodem panującej w Rosji artystycznej wolności.
Jednak w samej Rosji atmosfera wokół filmu zgęstniała. Minister kultury Władimir Miedinski zaatakował Zwiagincewa w styczniowym wywiadzie dla dziennika "Izwiestija":
To, kogo i czego Zwiagincew nienawidzi, jest mniej więcej jasne. A kogo kocha? Sławę, czerwone dywany i statuetki”.
Film trafił wprawdzie na ekrany rosyjskich kin, ale powołując się na ustawę z lipca 2014 roku władze go ocenzurowały: w momentach, w których bohaterowie wypowiadają wulgarne słowa, ścieżka dźwiękowa została wyciszona. Nie uspokoiło to jednak nastrojów. Grupa oburzonych widzów skierowała list do władz, w którym domagała się ukarania Walerija Griszko, głównego reżysera Teatru Dramatu w Samarze, grającego w "Lewiatanie" sprzedajnego popa. Zdaniem protestujących, Griszko dopuścił się obrazy władz Rosji i świętego prawosławia.
Jednocześnie z miesiąca na miesiąc rosło zainteresowanie filmem Zwiagincewa wśród zagranicznych mediów i widzów. Nie bez znaczenia były geopolityczne wydarzenia ostatnich miesięcy – wojna na Ukrainie, w której Rosja Putina jest głównym rozgrywającym, wzmogła zainteresowanie "Lewiatanem". Uznanie dla filmowej klasy Zwiagincewa, jednego z najwybitniejszych dziś twórców europejskiego kina, coraz częściej idzie w parze z publicystycznym wsparciem jego ataków na rosyjską klasę polityczną. Nie było więc zaskoczeniem, że w styczniu 2015 roku to właśnie "Lewiatan" zgarnął Złoty Glob dla najlepszego nieanglojęzycznego filmu minionego roku. Tym bardziej, że nagrodę tą przyznaje elitarne grono ok. 90 międzynarodowych dziennikarzy akredytowanych w Hollywood.
Czy rosyjski film pokona "Idę" także w walce o Oscara? Niekoniecznie. Dla członków Amerykańskiej Akademii Filmowej, w której ławach zasiadają przedstawiciele najróżniejszych filmowych zawodów, 70-minutowy film drogi może być zdecydowanie bardziej przystępny, aniżeli trzygodzinny, dużo trudniejszy w lekturze dramat rosyjskiego Hioba.
Na rzecz "Idy" przemawia też prestiżowa nominacja do Oscara za zdjęcia, przyznana Łukaszowi Żalowi i Ryszardowi Lenczewskiemu, a będąca potwierdzeniem uznania, jakim branża filmowa darzy polskiego kandydata do Oscara. W ostatniej dekadzie bardzo rzadko operatorom filmów nieanglojęzycznych przypadała ta prestiżowa nominacja: dostali ją jedynie Paweł Edelman za zdjęcia do "Pianisty" Polańskiego, a także Christian Berger za "Białą wstążkę" oraz Guillermo Navarro za "Labirynt Fauna". A przecież już w lutym 2014 roku Łukasz Żal i Ryszard Lenczewski otrzymali za "Idę" bardzo ważną Spotlight Award, przyznawaną przez Amerykańskie Stowarzyszenie Operatorów Filmowych.
"Timbuktu" - przeciw religijnym radykałom

Kadr z filmu "Timbuktu", fot. materiały promocyjne
Przysłuchując się dywagacjom krytyków na temat oscarowej rywalizacji, można odnieść wrażenie, że pojedynek o miano najlepszego nieanglojęzycznego filmu roku rozegra się wyłącznie pomiędzy "Idą" i "Lewiatanem". Tymczasem za plecami faworyzowanej dwójki do rywalizacji staje film, który może być czarnym koniem oscarowego wieczoru. "Timbuktu" to piękny dramat Abderrahmana Sissako, mauretańskiego reżysera, który już wcześniej zaznaczył swoją obecność na festiwalowej mapie dzięki filmom "Heremakono" i "Bamako".
Jego najnowszy obraz to opowieść o krwawych zamieszkach, do jakich doszło w Mali w 2012 roku. Berberyjskie plemię Tuaregów starło się wówczas z armią narodową, a władzę nad kilkoma miastami przejęli muzułmańscy ekstremiści. Opowiadając o dyktaturze i krwawym terrorze islamskich radykałów, Sissako nie kreśli wielkiej narodowej panoramy. Interesują go raczej indywidualne losy mieszkańców Timbuktu, którzy muszą ułożyć sobie życie pod nową, opresyjną władzą. Malarskie zdjęcia Sofiane El Faniego (odpowiedzialnego m.in. za "Życie Adeli 1, 2" Kechiche'a) ukazują piękno pustynnych krajobrazów, a z poetyckich kadrów Sissako buduje opowieść o potrzebie otwartości i tolerancji, pokazując, że islam ma nie tylko twarz morderczych dżihadystów, ale bywa też przestrzenią duchowych poszukiwań.
Oprócz "Timbuktu" w oscarowej rywalizacji obok "Lewiatana" i "Idy" uczestniczą także pacyfistyczne "Mandarynki" Zazy Urushadzego o konflikcie abchasko-gruzińskim, oraz "Dzikie historie" Argentyńczyka Damiána Szifróna, szalona tragikomedia o zemście. Do kogo z nich 22 lutego 2015 trafi wymarzona nagroda - trudno zgadnąć. Nie można dziś wykluczyć, że wybór zwycięskiego filmu będzie nie tylko wyborem artystycznym, ale też politycznym.
Oscary i polityka
Temperatura międzynarodowych wydarzeń ma wpływ na oscarowe werdykty zwłaszcza wtedy, gdy Akademia przyznaje tytuł najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Tu liczą się mocne tematy i zaangażowani twórcy. Wystarczy przypomnieć, że w 2004 roku złota statuetka trafiła w ręce Denysa Arcanda za "Inwazję barbarzyńców", a rok później nagrodę dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego otrzymało "W stronę morza" Alejandro Amenábara - obrazy, które poruszały temat eutanazji i ludzkiej godności.

Kadr z filmu 'Mandarynki", fot. materiały promocyjne
W 2006 Oscara otrzymał film "Tsotsi" Gavina Hooda – mroczna baśń o ekonomicznym wykluczeniu i pękniętym społeczeństwie RPA, a w 2011 duńskie "W lepszym świecie" Susanne Bier, która pokazywała zderzenie biednej Afryki i skandynawskiego państwa opiekuńczego. W 2010 o Oscara dla filmu nieanglojęzycznego walczyło izraelskie "Ajami" Scandara Coptii i Yarona Shaniego o ścieraniu się judaizmu, chrześcijaństwa i islamu w Tel Aviwie, ustępując filmowi "Sekret jej oczu", a rok wcześniej aż trzy "polityczne" obrazy: "Klasa" Laurenta Canteta, "Baader-Meinhof" Edela oraz "Walc z Baszirem" Ariego Folmana. Ich twórcy musieli uznać wyższość japońskiego dramatu "Pożegnania" Yôjirô Takity. Polityczne konteksty odgrywały także rolę w przypadku oscarowych sukcesów takich filmów, jak znakomite "Rozstanie" Asghara Farhadiego (Oscar 2012) i "Życie na podsłuchu" Floriana Henckela von Donnersmarcka (Oscar 2007).
Dla Amerykańskiej Akademii Filmowej filmy walczące o nienaglojęzycznego Oscara mają być oknem na świat - mówić o jego najważniejszych problemach i najciekawszych zjawiskach. Tegoroczne nominacje pokazują, że żyjemy w czasach bardzo gorących, a z pięciu filmów nominowanych do Oscara przynajmniej cztery czytać można jako wypowiedzi polityczne: o Holocauście, Rosji Putina, islamie i potrzebie pokoju. Miejmy nadzieję, że polityka nie przyćmi tego, co w kinie najważniejsze: jego emocjonalnej siły i ukrytej w nim prawdy, a po Oscara sięgnie twórca najlepszego, a nie najgorętszego filmu.
Źródła: Hollywood Reporter, Empire, PAP, inf. własne. Bartosz Staszczyszyn 17.02.2015