Zaprojektowane dla samotników
Zanim epidemia zamknęła nas w domach, pustelnie i samotnie fascynowały jako miejsca, w których można naprawdę "pobyć z samym sobą". Nawet jeśli teraz zmieni się nasze ich postrzeganie, nie można nie docenić ich architektury.
Wymuszona światową epidemią izolacja wielu z nas daje w kość. Niektórzy cierpią katusze w domowym odosobnieniu, odseparowani od ludzi i świata. Tymczasem istnieje w Polsce sporo budowli, zaprojektowanych z myślą o samotnikach, stworzonych po to, by móc się tam odizolować od innych, pobyć z samym sobą. Jeszcze niedawno cieszyły się wielką popularnością i zachwycały, bo dawały szansę na oddech od zgiełku i codziennego pędu, w którym do niedawna żyliśmy. Czy po tym, jak pandemia zmieniła nas w pustelników domowego zacisza owe samotnie przestaną być potrzebne?
Sam w eremie
Eremy kamedulskie w zespole klasztornym Kamedułów w Wigrach (Eremus Insula Vigrensis), fot. Marek Skorupski/Forum
Mistrzami życia w odosobnieniu są kameduli – mnisi, żyjący wg opracowanej w pierwszych latach XI wieku przez św. Romualda reguły, nakazującej ubóstwo, posłuszeństwo, modlitwę, pracę, milczenie i właśnie samotność. Prowadzący pustelniczy tryb życia mnisi do Polski zostali sprowadzeni na początku XVII wieku. To wtedy powstał jeden z dwóch do dziś działających klasztorów kamedulskich w Polsce – na krakowskich Bielanach, zorganizowany zgodnie z zakonną regułą jako zespół niewielkich domów – eremów, w których każdy z mnichów w surowych warunkach spędza życie na modlitwie. Drugim do dziś działającym klasztorem kamedulskim w Polsce jest tzw. Pustelnia Pięciu Braci Męczenników na Sowiej Górze w Bieniszewie niedaleko Konina.
W XVII wieku kameduli wznieśli na terenie Polski kilka klasztorów, które dziś pełnią rozmaite funkcje - należą do innych grup zakonnych, czasem stanowią udostępnione do zwiedzania atrakcje turystyczne, będąc zarazem cennymi zabytkami. Do tej drugiej grupy należy Pustelnia Złotego Lasu w Rytwianach (Eremus Silva Aurea) oraz klasztor w Wigrach (Eremus Insula Vigrensis), w którego eremach można skorzystać z oferty noclegowej, na własnej skórze doświadczając stylu życia zakonników z klasztoru o niezwykle surowej regule.
Pustelnia błogosławionej Salomei
Pustelnia błogosławionej Salomei w Grodzisku koło Ojcowa, fot. Jerzy Pawleta/Forum
Pochodząca z książęcej rodziny dynastii Piastów, młodsza siostra Bolesława Wstydliwego jako ośmiolatka została żoną węgierskiego księcia, a owdowiała dwie dekady później. Wtedy też wstąpiła do zakonu klarysek, w którym spędziła resztę życia. W połowie XIII wieku władający dzielnicą krakowską Bolesław Wstydliwy podarował klaryskom ziemie leżące na terenie dzisiejszego Ojcowskiego Parku Narodowego. Do dziś w miejscu zwanym Grodziskiem zachował się zespół zabudowań – otoczony murem i rzeźbami kościół, groty modlitewne, a także niewielki, prosty budynek, w którym wg legendy mieszkała właśnie księżniczka Salomea. O tym, jak surowe życie pędziła, świadczy kamienne łoże w jej samotni – podobno właśnie na nim spała.
Aż do końca XIX wieku, do kiedy Grodzisko należało do klasztoru klarysek, w pustelni błogosławionej Salomei spędzali czas na rozważaniach kolejni szukający odosobnienia pustelnicy. Dziś Grodzisko stanowi udostępniony do zwiedzania cenny zabytek.
Skit Odrynki
Skit Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich w Odrynkach, fot. M. Lasyk/Reporter/East News
Skit (pustelnia dla prawosławnych zakonników) we wsi Odrynki na Podlasiu – to jedyny tego typu obiekt w Polsce. Mimo że powstał bardzo niedawno, bo w 2009 roku, jego lokalizacja ma związek z istniejącym w tym miejscu od XVII do XIX wieku prawosławnym klasztorem. Pomysłodawcą powstania i pierwszym mieszkańcem skitu był ojciec Gabriel, niegdyś przełożony monasteru w Supraślu. Od czasu jego śmierci w 2018 roku ze skitu korzystało już dwóch pustelników.
Choć skitem opiekuje się pustelnicza wspólnota zakonna, jego teren można zwiedzić, a zakonnicy chętnie opowiadają jego historię i znaczenie. Wizyta w Odrynkach może nie tylko być doznaniem duchowym, ale i estetycznym – skit jest wyjątkowo malowniczo położony na łąkach w dolinie Narwi.
Hotel dla singli
Ośrodek szkoleniowy Państwowej Inspekcji Pracy we Wrocławiu, dawny hotel dla osób samotnych i bezdzietnych małżeństw, projekt: Hansa Scharouna, fot. Mieczysław Michalak/AG
W 1929 roku we Wrocławiu otwarto wystawę WuWa (Wohnungs- und Werkraumausstellung - Wystawa mieszkania i miejsca pracy). Zorganizowana została przez grupę Deutsche Werkbund, mającą na celu zreformowanie architektury i wzornictwa zgodnie ze zmieniającymi się potrzebami i realiami XX wieku. Częścią wrocławskiej WuWy było eksperymentalne osiedle, składające się z budynków ucieleśniających postęp, nowoczesność, ducha przyszłości.
Jednym z nich był hotel dla osób samotnych i bezdzietnych małżeństw, zaprojektowany przez niemieckiego architekta – modernistę, Hansa Scharouna. Dynamiczna sylwetka położonego na skraju parku gmachu nawiązuje do kształtów okrętów (formy statków często inspirowały modernistów). Hotel, przeznaczony pierwotnie dla pracowników umysłowych i urzędników, oferował niewielkie, ale samodzielne, wyposażone w łazienkę i aneks kuchenny dwupoziomowe mieszkania, w których, niczym w kajucie, ciasna przestrzeń była wykorzystana w maksymalny sposób. Hans Scharoun, odpowiedzialny również za aranżację wnętrz, zaprojektował tu także szafy czy meble. Te ostatnie niestety nie przetrwały do dziś, sam gmach pełni nadal swoją pierwotną rolę - mieści się tu ośrodek szkoleniowy Państwowej Inspekcji Pracy.
Chatka dla mola książkowego
Bookworm Cabin, fot. dzięki uprzejmości Bookworm Cabin/Slowhop/https://slowhop.com
Nie tylko w czasie epidemii czytanie książek najlepiej wychodzi w samotności. Dla tej intymnej czynności właśnie w 2018 roku Bartłomiej Kraciuk i Marta Puchalska-Kraciuk wymyślili Bookworm Cabin. Ukryty w lesie niedaleko Ostrołęki niewielki domek oferuje wszystkie najważniejsze wygody: miejsce do spania, łazienkę, aneks kuchenny, kominek. Ale przede wszystkim zawiera ogromny regał z książkami. Każdy, kto potrzebuje ucieczki od miejskiego hałasu i marzy o przeniesieniu się do wykreowanych przez pisarzy światów może wynająć Bookworm Cabin i spędzać czas w fotelu, w łóżku czy na tarasie z książką w ręku, otoczony tylko przez szum drzew.
Dom na wodzie
Dom na wodzie zacumowany przy Przystani Bydgoszcz, wyspa Młyńska, fot. Tymon Markowski/AG
Na niektórych rzekach i kanałach, w Bydgoszczy, Wrocławiu, Warszawie dostrzec można nietypowe jednostki pływające – domy na wodzie. Zamieszkanie na rzece daje niezwykłą możliwość bycia w centrum miasta, ale jednocześnie z dala od gwaru ulic, obcowania z naturą bez opuszczania przestrzeni zurbanizowanej. Dom na wodzie zwykle ma niewielką powierzchnię, doskonale sprawdza się więc także jako rodzaj miejskiej samotni. I – co nie mniej ważne – można go w każdej chwili odpiąć od nabrzeża i nie opuszczając mieszkania odpłynąć w inne miejsce.
Kilka lat temu polsko-angielska spółka Floatinghouse zaprezentowała prototypowy model pływającego domu, którego projekt stworzył polski architekt, Paweł Dąbrowski. Futurystyczna, przeszklona bryła zbudowana została z prefabrykatów z wytrzymałego i odpornego na wilgoć laminatu epoksydowego. Lekka, estetyczna, energooszczędna konstrukcja mogłaby się stać alternatywą wobec tradycyjnego budownictwa jednorodzinnego. Jednak, mimo że w Polsce akwenów nie brakuje, mieszkanie na rzekach wciąż jest mało popularne.
Mikro mieszkania
Mikroapartamenty Warszawska 96, wizualizacja, Lublin, fot. materiały prasowe dewelopera/www.warszawska96
Mikroapartamenty – takim mianem określa się niewielkie, liczące zwykle od kilkunastu do ok. 30 metrów kwadratowych mieszkania, budowane z myślą o studentach lub jako rodzaj inwestycji, zwracającej się np. za sprawą najmu krótkoterminowego. Mniej więcej dekadę temu deweloperzy w Polsce zaczęli wznoszenie budynków, wypełnionych tylko mikroapartamentami – takie budynki stoją już we Wrocławiu, Warszawie, Lublinie. Mikroapartamenty bywają ciekawie zaprojektowane – mają nowoczesne, dobrze wpisujące się w przestrzeń miasta bryły, czasami też całkiem ergonomicznie zaaranżowane wnętrza. Są jednak krytykowane – bo o ile takie mikroskopijne mieszkanie sprawdzi się jako lokum dla studenta na czas studiów, coraz częściej staje miejscem życia dla tych, których po prostu nie stać na większe mieszkanie.
Dom Kereta
Dom Kareta w Warszawie, fot. Krzysztof Miller/AG. Otwarcie Domu Kereta, 27 października 2012, róg Chłodnej i Żelaznej w Warszawie. Na zdjęciu: Etgar Keret, fot. Bartek Warzecha / Fundacja Polskiej Sztuki Nowoczesnej
Wciśnięty w wąską szczelinę pomiędzy kamienicą a blokiem na warszawskiej Woli ekstremalnie wąski dom mieszkalny – to popis zwinności projektowej, ale i instalacja artystyczna. Dom Kereta w najwęższym miejscu liczy 92, w najszerszym – 152 cm. Ma trzy poziomy, na których zmieściły się wszystkie pomieszczenia niezbędne do życia. Przede wszystkim zaś miejsce do pracy – bo dom powstał jako miejsce rezydencji artystycznej dla izraelskiego pisarza Etgara Kereta, który w wąskim domu spędził kilka tygodni. Po nim rezydowali tu inni artyści, a niewielka przestrzeń bywa też miejscem różnych działań artystycznych.
Dom Kereta – to projekt architekta Jakuba Szczęsnego, dzięki któremu nietypowa budowla jest niewielkim, ale w pełni funkcjonalnym miejscem do życia. Otwarty 20 października 2012 dom błyskawicznie zdobył światowy rozgłos – okrzyknięty "najwęższym domem świata" trafił na prestiżową listę Iconic Houses (na którą z Polski, poza Domem Kereta wpisane są tylko dwa obiekty – łódzka willa Kindermanna i dom Zofii i Oskara Hansenów w Szuminie).