Wieś, w której tańczą autobusy. Inne oblicza Śląska
Górnego Śląska nie trzeba odwiedzić, by mieć przed oczami jego wyraźny obraz. To ścisła czołówka obszarów najbardziej zmitologizowanych przez polską kulturę. Warto jednak zejść z wytartych przez ikoniczne dzieła szlaków i spojrzeć na Śląsk z ukosa, z punktu widzenia artystów eksplorujących jego obrzeża położone z dala od kopalni i aglomeracyjnego centrum.
Ambasador Małego Miasta
Radzionków koło Bytomia to kilkunastotysięczne miasto, w którym zobaczyć można mały neogotycki kościół, zwiedzić jedno z dwóch w Polsce muzeów chleba, wybrać się mecz jednej z lokalnych drużyn sportowych lub występ zespołu pieśni i tańca. W Radzionkowie także spotkać można Macieja Cholewę, artystę, który po studiach na katowickiej ASP pozostał w rodzinnym miasteczku. W jego sztuce urosło ono do rangi mitycznego Małego Miasta.
Urodzony u progu transformacji Cholewa wyczulony jest na to, co w małym mieście pozornie niezmienne, i na zmiany, jakie niosą kolejne polityczne i gospodarcze przetasowania. Uniwersalny jest do pewnego stopnia sam Radzionków. Podobnie jak w opisywanych przez Filipa Springera w "mieście archipelagu" byłych miastach wojewódzkich, tak i w małych śląskich (i nie tylko) miasteczkach pojedyncze historie i osobliwości zlewają się z szerszym nurtem zagarniającym kolejne miasta.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Maciej Cholewa, "Mit Małego Miasta", CSW Kronika w Bytomiu, fot. Marcin Wysocki
Obrazek
mitmm_maciej_cholewa_wykladzina.jpg
W 2017 roku Cholewa zaprezentował małomiasteczkową syntezę na wystawie "Mit Małego Miasta" w bytomskiej Kronice. Niczym na teatralnej scenie wyznaczył w niej charakterystyczne punkty, zarysowując mapę tyleż umowną, co sugestywną. Docierających do Małego Miasta widzów witał herb. Pusty, bo pozbawiony jakichkolwiek motywów ikonograficznych – żadnych świętych patronów, orłów czy rycerzy – a jednak zawierający to, co najważniejsze, bo odlany z podstawowego budulca miasta – chropawego betonu.
W zaaranżowanej przez Cholewę scenerii trafić można było m.in. do pokoju w całości wyłożonego wykładziną do dziecięcych pokoi, jaką dostać można w każdym sklepie wnętrzarskim: pełną jednakowych domków o czerwonych dachach, szkół, szpitali, urzedów i pojedynczych drzewek, między którymi wiją się serpentyny dróg upstrzone pudełkowatymi samochodami. Każdy krok stawiany na tej sielankowo-generycznej wykładzinie musiał być jednak ostrożny i dobrze wymierzony, jako że przykrywała ona grubą warstwę rozsypanego na podłodze gruzu. W końcu każde miasto wyrasta na jakichś ruinach i żywi się czyjąś krwią.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Choć, jak śpiewał radzionkowski zespół silesio-polo Kiersi, "tukej nie ma nigdy chmur", Małe Miasto ma też swoje mroczne oblicze. Odkrywamy je, czytając stylizowany na lokalny dziennik "Mit Małego Miasta" z krótkimi opowiadaniami Cholewy. Jedno z nich wyjaśnia genezę rozsianych po mieście betonowych słupów. Zgodnie ze schematem dreszczowców w stylu Davida Lyncha rozgrywających się w idyllicznych miasteczkach, perfekcyjnych co do milimetra przystrzyżonych trawników i żywopłotów, koszmar zaczyna się w momencie, gdy ktoś spróbuje je opuścić: dosłownie albo przekraczając jego reguły. Miasto jest bowiem bytem świadomym, na dodatek bliższym Lovecraftowskim monstrom mieszającym w głowach Bogu ducha winnych rybaków niż swojskiemu, beznamiętnemu i niewzruszonemu drachowi z powieści Twardocha. Pośród miejscowych legend i melancholijnych anegdot o lokalsach historia "Miasto w osłupieniu" to opowieść o mrocznej stronie małomiasteczkowej mentalności, esencja opowiadanych ze złośliwą satysfakcją historii o nieudanych awansach społecznych i klasowych, plotek o tych, którzy z wielkiego miasta powrócili "z podkulonym ogonem".
Bezpośrednią dokumentacją Radzionkowa i okolicznych małych miast jest powstający cykl fotograficzny Cholewy "Pozdrowienia z małego miasta". To rzecz zawieszona gdzieś w pół drogi między "A-Z. Słownikiem ilustrowanym języka niemieckiego i polskiego" Andrzeja Tobisa a "Notatnikiem fotograficznym" Władysława Hasiora. Konceptualny rygor spotyka się tu z czystym zauroczeniem. Wyrastający z nurtu fotograficznej nowej topografii projekt wyznacza jego boczną uliczkę. Cholewa dokumentuje nie postępującą modernizację, a nakładające się na siebie warstwy czasowe. Interesuje go ich polifonia, czasem pełne zgrzytów spotkania pomiędzy obiektami wiekowymi a śladami gierkowskiej i postunijnej unifikacji. Wchodząc z obiektywem między to, co typowe, a to, co unikalne, nie boi się też "zanieczyścić" neutralnego spojrzenia dokumentalisty wydobytym z czułością bądź ironią detalem.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Skatalogowany repertuar małomiasteczkowych form Cholewa poszerza o własne. Równolegle z fotograficznymi "Pozdrowieniami" powstają "Furtki". Ich korzenie tkwią w samoróbkowych furtkach i krakach z lat 60. i 70., spawanych z dostępnych resztek materiałów własnoręcznie lub przez lokalnych ślusarzy, specjalizujących się w konkretnych motywach, a to niemal secesyjnych esach-floresach, a to geometrycznych, op-artowych wręcz abstrakcjach. Olga Drenda pisała o nich w "Wyrobach":
Text
Te z giętych i spawanych prętów, gdy im się przyjrzeć, często [...] mają w sobie ludowy urok. Jedne geste i koncentryczne jak słowiańskie mandale, inne jak dekorowany lukrem piernik, jak bukietowe wzory kaszubskie z ceramiki Lubiana i malowane makaty-dywany z Białegostoku. W swoim czasie nowoczesne – jak cała szybko modernizująca się wieś [...] – ale jednak pod względem wzorów nieco babcine.
Cholewa docenia ten skromny przyczółek socmodernizmu pożenionego ze sztuką ludową i oba te elementy łączy świadomie we własnych projektach fantazyjnych furtek. "Babcine" formy i kolory zyskują w nich ponownie modernistyczny szczyt, do podobnego spotkania dochodzi w ikonografii – motywy dewocyjne ("Furtka błogosławiąca") spotykają się z przedstawieniami rodem z ery wyścigu kosmicznego ("Furtka do gwiazd"). Furtki Cholewy tak jak ich wernakularni przodkowie mają w sobie coś nowego i starego, ale rozdarcie to celebrują. Już nie wiejska, ale i nie do końca miejska tożsamość mieszkańców zmodernizowanych małych miejscowości nie staje się tu źródłem wyrosłych na aspiracjach i poczuciu wykorzenienia kompleksów, a osobną, trwałą w sowim rozchwianiu propozycją tożsamościową.
Z dziennika znudzonego etnografa
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Marek Rachwalik, "Logo i maskotki wiejskiej kapelki nu metalowej z młodą dziewczyną na wokalu", fot. dzięki uprzejmości artysty
Obrazek
marek_rachwalik_logo_.jpg
Na północnym krańcu śląska, nieopodal Częstochowy, leży miejscowość Kłomnice, z której pochodzi Marek Rachwalik, malarz, podobnie jak Cholewa wykształcony w Katowicach i mieszkający w rodzinnej wsi. Na okładce wspomnianych "Wyrobów" Drendy znalazł się fragment obrazu Rachwalika właśnie. Nic dziwnego – malarz z Kłomnic to od lat największy piewca ogrodowych łabędzi z opon i muchomorów ze starych misek. Ich fantazyjność i nadmiar u Rachwalika spotykają się z równie przerysowaną i jednakowo ubóstwianą przez artystę estetyką blackmetalową. Z wycinanych opon powstają więc nie tylko egzotyczne ptaki, ale i "muzycy trzecioligowej kapelki piłującej cyber-industrial metal" czy "prototypowy wzmacniacz gitarowy robiony na zamówienie muzyków ze wsi".
Na blackmetalowe koncerty jeszcze jako długowłosy nastolatek jeździł Rachwalik wraz z Bartoszem Zaskórskim, pochodzącym z pobliskiego Żytna. Dziś Zaskórski, kolejny wykształcony na katowickiej ASP artysta oraz muzyk, regularnie powraca do rodzinnej wsi na łódzko-śląskim pograniczu. Ta, jak twierdzi Zaskórski:
Text
ma ograniczoną liczbę mieszkańców oraz domów, otoczona jest z czterech stron lasem. Ze względu na to, liczba kombinacji zdarzeń, miejsc i osób, z których buduję historie, szybko się wyczerpuje. Żeby tego uniknąć, w historiach, które opowiadam, posługuję się zmyśleniem.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Bartosz Zaskórski, "Kuracjusze", rysunek, cienkopis na papierze, 50x70 cm, 2016, fot. dzięki uprzejmości artysty
Obrazek
bartosz_zaskorski_billboard_2016.jpg
Podobnie jak u Rachwalika, świat przedstawiony przez Zaskórskiego jest niebywale drobiazgowy, a zarazem odrealniony. Z cierpliwością i precyzją gotyckiego miniaturzysty Zaskórski rysuje cienkopisem każde źdźbło trawy przy przydrożnym bilbordzie, każdą foliową reklamówkę i połamaną rurę PCV zalegającą na wysypisku śmieci. Przedstawione w rzucie izometrycznym wycinki wsi przypominają mapy ze starych komputerowych gier RPG, które stają się areną dla opowieści czerpiących z ludowych wierzeń, filozofii i gier właśnie. I tak jak cukierkowo-psychodeliczne w kolorystyce obrazy Rachwalika reprezentują witalność i aspiracje, tak opowieści Zaskórskiego pełne są charakterystycznego także dla ludowych podań mroku i raczej czarnego humoru.
Podczas gdy Cholewa krąży po małych miastach, Zaskórski wędruje od wsi do wsi, nie dokumentuje ich jednak wprost, a otacza mgiełką fikcji. W cyklu "Wsie", serii słuchowisk, którym towarzyszą też krótkie, nagrywane z reki, hipnotyczne filmy wideo, narrator głosem ciężkim ze znużenia notuje obserwacje z kolejnych odwiedzanych wsi. Te nie mają nawet swoich nazw, a jedynie numery. Za to ich mieszkańcy i ich zwyczaje barwnością nie ustępują opowieściom o psiogłowych i innych fantazyjnych ludach opisywanych przez Marco Polo po zamorskich wyprawach.
Text
Mieszkańcy [...] od najmłodszych lat są wychowywani na kierowców autobusów. [...] przez większość czasu pochłaniają ich przygotowywania do święta odbywającego się raz do roku, którego najważniejszym elementem jest taniec autobusów. [...] Zwycięzca dostaje pracę u lokalnego przewoźnika, może też na stałe opuścić wieś i udać się do miasta.
We wsi numer osiem z kolei:
Text
Mieszkańcy [...] nigdy nie zbudowali domów, ulic, nie ma tutaj kanalizacji, chodników, a śmieci nie są wywożone. Ludzie mieszkają we wnętrzach gipsowych odlewów dinozaurów, pośród łap, ogonów i korpusów, będących wyobrażeniami tych pradawnych zwierząt. Porozumiewają się dźwiękami, które, ich zdanim, mogły wydawać dinozaury: to znaczy warczą na siebie i skrzeczą.
Zawieszone w pozornym bezczasie, historie snute przez Zaskórskiego podobnie jak ludowe opowieści w gruncie rzeczy wyrastają z konkretnych realiów, kształtowanych przez lokalny krajobraz, tak naturalny, jak przemysłowy.
W pracach Cholewy, Rachwalika czy Zaskórskiego nie znajdziemy opowieści o losach górniczych rodzin rodem z filmów Kazimierza Kutza, ani bryłki węgla, ani śladu ikon śląskiego modernizmu takich jak Spodek czy Superjednostka. Zamiast nich związani z regionem artyści proponują szczegółowy katalog lokalnych form i historii owianych aurą mitu i legendy, z których wyłania się jednak gęsty od szczegółów obraz Śląska innego, niż ten znany z ikonicznych tekstów kultury.