Z tym zbieranym przez całą dekadę materiałem w 1980 roku przystąpiła pani do prac nad debiutanckim albumem, ale te właściwie nigdy się nie rozpoczęły. Jak to było z tymi planami płytowymi?
Wszystko sprowadziło się do jednego spotkania, zainicjowanego przez prezesa Wifona, Korneliusza Pacudy, z udziałem Loranca, Wojciecha Manna i moim. Odbyło się ono w październiku 1980 roku w mieszkaniu Pacudy.
Jak znalazł się w tym projekcie Wojciech Mann?
Zaproponowaliśmy go z Lorancem jako muzycznego doradcę i producenta spinającego stylistycznie ten projekt. Był przecież wybitnym znawcą muzyki R&B i bluesa i już wcześniej wyraził zainteresowanie. Podczas spotkania ustalone zostały nasze role, zakresy działań i przede wszystkim terminy nagrań. Pan Pacuda zaproponował przełom roku 1980 i 1981, czyli grudzień i styczeń. Loranc miał przygotować do tego czasu wszystkie partytury.
Dlaczego nie doszło to do skutku?
Mając trzy miesiące w zapasie, wyjechałam, jak się wydawało, na moment do Niemiec, żeby graficznie opracować kalendarz roku 1981 dla małego magazynu sportowego „MotoCross” i zaraz potem wrócić.
I nie wróciła już pani…
Teraz po latach trudno ustalić, co się stało, że na list wysłany do Loranca nie otrzymałam odpowiedzi. Współpracowałam z nim dziesięć lat nad różnymi projektami i niestety znałam sposób jego pracy oraz jak niefrasobliwie zdarzało mu się traktować czas. Dla mnie oznaczało to tylko tyle, że mogę czekać całe następne lata. Ja byłam już po trzydziestce i matematyka niestety nie działała na moją korzyść. Dla mnie czas „wiecznej debiutantki” właśnie się kończył i naiwne mrzonki zaczęły mi mocno przeszkadzać. Nie miałam po co wracać!
To była chyba bardzo drastyczna decyzja.
Drastyczna i dla wielu niezrozumiała, ale ja miałam życie do przeżycia, za które teraz to ja mogłam być odpowiedzialna. Nie zostałam też z niczym. Miałam wiele innych bardzo przydatnych umiejętności, które tylko czekały na wykorzystanie.
Nie było pani żal pozostawiać tego wszystkiego, co już pani osiągnęła?
No cóż, była tylko jedna metoda, by uwolnić się od sentymentów – zapomnieć! I zapomniałam dosyć skutecznie na czterdzieści parę lat... Zresztą tam, gdzie wylądowałam, nie odważyłabym się zaśpiewać ani jednego dźwięku. Od 1981 roku nie zaśpiewałam nigdy, nawet „u cioci na imieninach”. Nie wspominałam też nikomu o swojej śpiewanej przeszłości, mniej więcej z tego samego powodu. Poza tym byłam przekonana, że nie ma się czym chwalić. Życie zresztą dosyć szybko znalazło dla mnie nowe wyzwania.
Wyjechała pani do Stanów Zjednoczonych, na Hawaje. Jak się tam pani odnalazła?
Początki wszędzie są dosyć trudne, a wtedy mój angielski słabo sprawdzał się w kontaktach jeden na jeden. Był za bardzo słowiański. Pamiętam spotkanie w Hawaiian Graphic Association, na które zostałam zaproszona przez członka zarządu tej organizacji. Przysłuchiwałam się prowadzonym tam dyskusjom, z których nie rozumiałam prawie nic, marząc jedynie, by złapać początek i koniec poszczególnych wyrazów. Na szczęście wkrótce zaprzyjaźniłam się z gronem artystów plastyków i dopiero rozmowy z nimi nastroiły mi ucho do charakterystycznej melodyki tamtejszego angielskiego. Potem było już tylko łatwiej i lepiej. Dosyć szybko nawiązałam kontakty zawodowe.
Czym się pani zajęła?
Pracowałam jako ilustrator w magazynach ilustrowanych i projektant opraw graficznych lokalnych wystaw. Również na Hawajach zrealizowałam swój pierwszy projekt jako dekoratorka wnętrz. Zaprojektowałam sklep ze sprzętem golfowym na kortach North Shore.
Czy muzyka gdzieś jeszcze w pani pozostała?
Muzyka zawsze jest... Podziwiam wielu artystów, ale tak się składa, że głównie ze sceny amerykańskiej. Jakby nie było, to tam kształtują się nowe trendy, nowe pomysły i wielkie indywidualności, którymi zachwyca się świat. Podziwiałam też tamtejszych grajków ulicznych, których poziomu wokalnego, łatwości, z jaką przychodzi im gra, nie da się porównać z niczym, co wcześniej słyszałam. Widziałam w nowojorskim metrze chłopaków, którzy wyśpiewywali takie harmoniczne układy, których my jeszcze za czasów Grupy „AND” musielibyśmy uczyć się miesiącami, a pewnie i tak nie wyszłoby to nam równie przekonująco.
A śledziła pani kariery swoich koleżanek i kolegów?
Skupiałam się raczej na muzyce z mojego otoczenia. Chociaż uczciwie trzeba przyznać, że nasza Basia Trzetrzelewska z Matt Bianco i jej album Time & Tide mieli wspaniałe notowania. Całe Hawaje były wtedy zakochane w jej śpiewie.
A pani nie myślała nigdy o powrocie do śpiewania?
Nie, nigdy nie przyszło mi to do głowy. Wolałam słuchać i cieszyć się z tego, czego jestem świadkiem.
I po tych niemal czterdziestu latach pojawił się w pani życiu Krystian Zieliński.
Pojawienie się Krystiana było największą niespodzianką w tym, wydawałoby się, zamkniętym rozdziale mojej działalności sprzed lat. Trudno było mi uwierzyć w takie pochodzące ni stąd ni zowąd zainteresowanie, ale anonsowi na YouTube towarzyszyła Magia Szos, której nie słyszałam wieki, a po odsłuchaniu jej byłam bardzo zdumiona.
Co to było za uczucie?
Wszystko to, co przez całe lata myślałam o nieporadności swoich poczynań piosenkarskich, okazało się nie do końca prawdziwe. Oczywiście Krystian nie miał ze mną łatwo, ale zdołał mnie przekonać następnymi ujawnionymi nagraniami, że może to nie była taka znowu wstydliwa klęska i warto jednak te wybitne utwory wspaniałych twórców pokazać światu. Najbardziej nie do uwierzenia był fakt, że był to chłopak z gimnazjum ze Skarżyska Kamiennej, wtedy czternastoipółletni.
Rzeczywiście trudno w to uwierzyć!
A swoje niemal detektywistyczne poszukiwania rozpoczął... dwa lata wcześniej! Postanowiłam pomóc mu, podrzucając zdjęcia, które ostały mi się z tamtego czasu, by choć trochę ówczesnego klimatu zilustrowało lata, w których te utwory powstawały. Krystian składał z nich filmiki, a ja czasami pomagałam mu z doborem pojedynczych fotografii do poszczególnych piosenek. Do dziś prowadzi moją stronę na Facebooku. Myślę, że bez jego udziału nie wydarzyłoby się wszystko to, co się potem działo z moimi nagraniami.
No właśnie, wkrótce pani historią i muzyką zainteresowało się kilka niezależnych firm fonograficznych. Dwie z nich, Astigmatic Records z Londynu i The Very Polish Cut Outs z Berlina, połączyły siły z Polskim Radiem i w efekcie w 2020 roku świat ujrzała płyta LP Dotyk z archiwalnymi nagraniami pani utworów. Jak dobieraliście i układaliście państwo piosenki do tak wyjątkowego wydania?
Tak naprawdę piosenki ułożyły nam się same. Przesłuchując je, trudno nie zauważyć pewnej chronologii, takiej swoistej kontynuacji tematu wakacyjnej miłości, zauroczenia nią i jej przemijania, ale nie zapomnienia... Chcieliśmy też, by aura tej płyty była optymistyczna i letnia. Żadnych dramatów, żalów i ogólnie depresyjnych myśli. Na kolejność piosenek zgodziliśmy się razem, chociaż moja wyjściowa propozycja była tą decydującą.
A dlaczego to właśnie utwór Dotykiem chcę dziś poznać wszystko dał tytuł całemu albumowi?
Było kilka propozycji tytułów. Zgodziliśmy się na Dotyk, ilustrujący słoneczny początek każdego uczucia, tej niesamowicie pozytywnej emocji, spokoju, łagodności i ciepła. Wydaje się, że ten nastrój przemówił też do słuchaczy, którzy, ku naszej radości, bardzo przychylnie płytę komentowali.