Na tym tle filmowa kariera Bartosza M. Kowalskiego wydaje się prawdziwym ewenementem. Urodzony w 1984 roku reżyser, który – jak sam przyznaje – wychował się na kasetach VHS, od lat zaprasza publiczność do wspólnych podróży do świata grozy, eksperymentując przy tym z różnymi podgatunkami horroru. Już jego fabularny debiut, kontrowersyjny Plac zabaw o dwójce małoletnich zabójców, nazywano „horrorem społecznym”, a kolejne obrazy – W lesie dziś nie zaśnie nikt, Ostatnia wieczerza, Cicha noc i 13 dni do wakacji – były wariacjami na temat slashera, komedii grozy, opowieści o egzorcyzmach, horroru psychologicznego oraz home invasion movie. Niejako przy okazji Kowalski przecierał szlaki innym reżyserom, sprawiając, że tylko w ostatnich latach doczekaliśmy się kilku innych interesujących prób zmierzenia się z ekranową grozą: Grzyby Pawła Borowskiego, Horror Story Adriana Apanela, a także serialowych horrorów jak Znaki, Krakowskie potwory i Strachy.
Ziemia jałowa
Choć lista filmów zrealizowanych przez Kowalskiego w ostatniej dekadzie jest całkiem pokaźna, początki jego drogi wcale nie były łatwe. W rozmowie z Marcinem Kempistym z portalu Filmawka reżyser wspominał, że zaraz po studiach chodził do producentów z różnymi scenariuszami filmów grozy, ale żaden z decydentów nie był zainteresowany podjęciem ryzyka.
Punktem przełomowym – mówił – była nasza współpraca z platformą Showmax, dla której zrobiliśmy krótkometrażową etiudę »Zacisze«. To była oczywiście forma reklamowa z Piotrem Cyrwusem i Iwoną Wszołkówną w rolach głównych, ale była to konwencja slashera z przymrużeniem oka. To był piętnastominutowy film, który pokazał, że przy niewielkich środkach można zrealizować coś fajnego. W końcu mieliśmy coś namacalnego, nie tylko pomysły, tekst, pasję i miłość do takiego gatunku. Mogliśmy pokazać potencjalnym inwestorom, w jakim kierunku chcielibyśmy iść i ile to kosztuje.