Jeśli literatura Holokaustu kojarzy się z okrucieństwem i śmiercią, to dzieła Idy Fink są wyjątkiem. Oczywiście pisarka nie tuszuje przeszłości, lecz przedstawia ją z innej, mniej oczywistej strony. Po lekturze pozostaje wrażenie ciepła, jasności (zapewne dzięki harmonijnemu prowadzeniu frazy) oraz intymności. Skupienie na drobnych rzeczach, przedmiotach, wokół których budowana jest cała opowieść (chociażby "Zabawa w klucz"), stwarza iluzję zwyczajności, docenianej dopiero wówczas, gdy w codzienność wkrada się niebezpieczeństwo.
Doskonale widać to w opisach przyrody, będącej ostoją, praktycznie jedynym niezatartym śladem dawnego, przedwojennego życia. To niezmienne tło malowane jest za pomocą aksamitnych słów, których delikatność kontrastuje z odgłosami wojny, lęku, zbliżającej się katastrofy:
Śmierć Carycy pozostałaby jedną z miliona anonimowych śmierci, gdyby nie fakt, że dokonała się w dzień piękny i łagodny […], przedwieczorną porą, kiedy drzewa rzucają długie cienie, a powietrze nasycone jest lekką niebieskawą mgiełką, tężejącą i ciemniejącą z chwili na chwilę, choć do wieczora jeszcze daleko ("Śmierć Carycy").
Niektórzy bohaterowie wracają do dawnego świata, ale odmienieni. Pisarka powierzyła im zadanie, które sama realizowała – opowiedzenia o losach Żydów, pozostawienia śladu. U Idy Fink cisza wcale nie oznacza milczenia.