Wyskoczyć zza eki, znaczy tyle, co zza węgła albo zza winkla. Eka bowiem to po poznańsku róg ulicy. Eka to także rzut rożny podczas meczu piłkarskiego. Wreszcie, eka to grupka młodzieży wystająca na tymże rogu ulicy. Słowo pochodzi od niemieckiego ecke — narożnik, kąt. W latach 50. znana w mieście była Eka z Małeki (ulicy Małeckiego na Łazarzu), która wzięła czynny udział w wydarzeniach Poznańskiego Czerwca.
Powojenne eki były spokrewnione z krakowskimi dżolerami, wrocławskimi bigarzami i warszawskimi bikiniarzami. Nazywano ich też figusami albo bażantami. W prasie można było przeczytać taki wierszyk:
Ta odmiana chuligana
Wstręt, odrazę budzi w nas
Strój — jak bażant, mózg barana
Skończyć z tym najwyższy czas.
Bikiniarze kontestowali zetempowski styl życia zamiłowaniem do jazzu i szeroko pojętej kultury zachodniej ("Pod pedetem cała Wola/wszyscy krzyczą Coca-Cola" – brzmiała jedna z ich przyśpiewek). W swoim slangu nie zasuwali drętwej mowy i parodiowali oficjalny styl propagandy ("Nie agituj mnie, flimonie, już mnie agitowali"). Ich głównym orężem w walce z stalinowską uniformizacją była moda, toteż w ich slangu znajdziemy bogactwo określeń na różne części garderoby. Skoki (buty) obowiązkowo potrójnie szyte, czapka oprychówka, sing-singi (kolorowe skarpetki) i krawat w gołe girlsy. Na głowie: plereza, mandolina, kaczy kuper albo fanfan (od uczesania Gérarda Philipe’a w filmie “Fanfan Tulipan”).
Jak bonie dydy
Znaczy mniej więcej tyle, co "jak bum cyk-cyk", "jak pragnę zdrowia", "jak pragnę podskoczyć", "jak babcię drypcie", czy "jak Bozię kocham". Każdy z tych frazeologizmów jest zamiennikiem stwierdzenia "na słowo honoru". Na takie obiecanki cacanki należy jednak uważać. Nigdy nie możemy być pewni, czy ów delikwent nie bierze nas pod pic i nie wstawia farmazonu (od rosyjskiego farmazirowat’ – udawać, symulować). Każdy zna bowiem takiego, co przysięgnie pod chajrem, że coś zrobi na zicher, a kończy się na tym, że obietnicę spełnia "na świętego Dygdy, co go nie ma nigdy".
Kapewu?