Na koncertach Trupa Trupa śpiewasz, a zdarza ci się czytać publicznie własną poezję?
Kiedyś bardzo tego unikałem, ale to się zmieniło, bo wydarzył się o ten wypadek: byłem na festiwalu Biura Literackiego, którego jestem autorem. To była premiera mojej nowej książki i byłem zdenerwowany, ponieważ to są bardzo branżowe sytuacje, a ja nie czuję się częścią środowiska i literackiego i muzycznego. W dodatku wszystko odbywało się w teatrze, a ja bardzo nie przepadam za teatrami, tą ideą podwójnej maski: swojej naturalnej i nadanej.
Wszedłem na scenę, zacząłem czytać wiersz i nagle zacząłem czytać za głośno, niemal krzyczeć. Przestraszyłem się tego krzyku, ale mój mózg myślał, że jestem na koncercie Trupa Trupa. Nogi i ręce zaczęły mi się ruszać, zacząłem zachowywać się trochę jak na scenie z zespołem. Po 15 sekundach dotarło do mnie, co robię, gdzie jestem. Pomyślałem: „Okej, przerwę to szybko, zacznę od nowa i wrócę do normy, i przeczytam po bożemu”. I nagle stwierdziłem: „Muszę zaufać ciału. Czemu nie?”.
No i przeczytałem całą tę króciutką książkę o przemocy wobec dzieci, i o gdańskim domu dziecka na Oruni, bardzo głośnym tonem w takim trybie koncertowo-trzęsącym. Na widowni byli bardzo młodzi autorzy, często jeszcze przed debiutem. Niektórzy z nich wybuchali śmiechem po niemal każdym wierszu, a śmiech grzązł im w gardle. To było efektem tego splotu absurdu i przemocy. Mniej więcej z taką reakcją spotykałem się na Zachodzie, ale i po koncertach naszego zespołu. Świat Trupa Trupa niespodziewanie wszedł do świata literatury, a to połączenie sprawiło, że poczułem się bardziej spójny. Po prostu działam, słuchając swojego ciała zamiast nadmiernie analizować. Kiedyś występując na koncertach czułem się zablokowany, aż do momentu pewnego przełomowego zdarzenia, które przyniosło mi fizyczne i psychiczne wyzwolenie.
Przez cały 2025 rok jesteś artystą rezydentem Uniwersytetu Yale. Opowiedz o projekcie Fortunoff Holocaust Archives. Jak praca ze świadectwami ocalałych wpływa na ciebie i twoją rodzinę?
Od stycznia słucham świadectw ocalałych z Zagłady złożonych w Bibliotece Yale. Pracuję z ponad setką świadectw polskich Żydów. To jest dla mnie niesamowity rok i jestem ogromnie wdzięczny Yale za tę propozycję. Niesamowita i niespodziewana rzecz wydarzyła się też w kontekście mojego życia rodzinnego. Słucham tych świadectw, a moja żona słyszy fragmenty i pyta, czy też mogłaby ich posłuchać. Finalnie przez kilka miesięcy noc w noc słuchała tych świadectw i niemalże nie było z nią kontaktu. Ona słyszała więcej niż ja i w niej zaczęły odżywać rodzinne rzeczy, a jej żydowska rodzina ukrywała się podczas drugiej wojny światowej w lesie pod Rzeszowem. Odżył w niej pewien rodzaj strachu, ale również bardziej zrozumiała, kim jest. Wydaje mi się, że dokopała się do jakiegoś rodzaju pamięci genetycznej, zaakceptowała się i wyszła przez to doświadczenie mocniejsza. Widzę po niej, że jest radośniejszym, silniejszym człowiekiem i zmieniła też wiele swoich zapatrywań na kwestie Polski i Polaków.
Swoją drogą, większość, a na pewno wiele tych polskich głosów, które słyszałem, brzmi mniej więcej tak: „Wcale nie było tak źle, Polacy nie byli tacy źli, antysemityzmu za bardzo nie było”. Ale im więcej pytań, im dłużej trwa rozmowa, tym bardziej się otwierają, czują bezpieczniej. A kiedy naprawdę zaczynają się otwierać, opowiadają tak przykre, tak przerażające rzeczy o tym, co ich spotkało – przed wojną jako dzieci, w czasie wojny i po wojnie. Powstanie z tego książka poetycka. Trupa Trupa będzie w tym projekcie Yale muzycznie partycypować. Peter Constantine przetłumaczy te głosy na angielski. Będzie też część wizualna i na samym końcu ten cały Yale’owski projekt literacko-wizualno-muzyczny zostanie zaprezentowany w New Haven, Gdańsku i w innych częściach świata.
Jeździsz do Yale –zastanawiam się, jak odbierasz amerykańską historię, zwłaszcza kolonizację pierwszych narodów. Na terenie Connecticut mieszkało kilka narodów, zanim przybyli tam biali. Czy podczas podróży do Stanów miałeś kontakt z kulturą rdzennych mieszkańców? Czy to w tobie jakoś rezonuje?
Na większości amerykańskich uczelni, gdzie miałem wykłady, osoba zapraszająca, i otwierająca to wydarzenie zaczynała od słów: „Na tej ziemi żył ten i ten lud, z tego i tego plemienia, który został wymordowany”. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Uznałem to za wyraz głębokiego szacunku i przyznania się do winy.
Człowiek jest dla mnie zawsze podejrzany, bo jest po prostu naturalnym, normalnym człowiekiem, kimś takim jak komar albo kleszcz, czyli w jego naturze jest podbój, i rozrost, i pasożytowanie. Kiedy ktoś jest dobry, serdeczny, miły, kochany, jestem przeszczęśliwy, ale zawsze mnie to zadziwia. To piękne, wspaniałe, ale zdumiewające. Dla mnie jest niemal błędem w systemie, to że ktoś jest dobry, bezinteresowny. Ludzie na ogół to po prostu ludzie, czyli największe drapieżniki, które chodzą po ziemi i podbiły wszystko, co było do podbicia... Podbijają, niszczą, mordują i podporządkowują też sobie innych ludzi. Tak już po prostu jest. Niestety. Ale warto z tym walczyć i myślę, że jako ludzkość, mimo wszystko, zaliczamy wciąż progres, a nie regres.
Przy okazji dodam, że jest masa moralizatorów i neofitów, którzy uważają się za krystalicznie czystych pod kątem etycznym i moralnym, i są przekonani, że to oni stoją po tej dobrej stronie historii, a ktoś inny po złej. Ten radykalizm i etyczna sytość, a przy tym rodzaj agresji przy jednocześnie bardzo małej podejrzliwości wobec własnego potencjalnego albo realnego zła zawsze budzi we mnie zdziwienie. No i mamy potem ten powszechnie znany fakt że w szafach tych największych moralizatorów znajdujemy najwięcej trupów, szczególnie, jeśli chodzi o ich najbliższych i rodziny.
Myślę też sobie, że jeśli samego siebie postrzega się zbyt dobrze moralnie i nie widzi się tego jądra ciemności również w sobie, to po prostu zaczyna się lunatykować i projektować to wszelkie zło, które ty też tak czy owak czynisz, czy o tym wiesz czy nie, na innych i wtedy robi się naprawdę niebezpiecznie.
Jak postrzegasz różnice między Europą a Ameryką, zwłaszcza po ostatnich podróżach? Zagraliście trasę koncertową w USA, później występowaliście w Europie.
Muszę powiedzieć, że doceniłem Europę Zachodnią bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – mówię tu o wolności, demokracji i różnorodności. Jestem teraz bardzo krytyczny w stosunku do Stanów, ale trudno mieć inne podejście po powrocie z kraju, w którym w szalonym tempie rozmontowuje się demokrację. Każdego dnia dochodzą nas wręcz niewiarygodne nowe informacje. I właśnie dlatego jestem strasznie dumny z Europy Zachodniej; dumny jeszcze bardziej niż wcześniej, dumny z jej wielogłosu, z jej różnorodności. Z jej poparcia dla Ukrainy.
Pamiętam wejście Polski do Unii Europejskiej. Od tego momentu bycie w Unii zawsze było dla mnie normalne. Po ostatniej wizycie w USA zacząłem to jeszcze bardziej doceniać i myśleć o tym, jak niesamowite jest to, że jesteśmy w tej Unii, i oby to trwało jak najdłużej. Ta normalność zmieniła się dla mnie wręcz w cudowność. Chłonę tę kulturę europejską nawet bardziej niż kiedyś. Dlaczego? Mówiąc wprost – przestraszyłem się. Po raz pierwszy w życiu nie przeczytałem w tym roku Doktora Faustusa, chociaż robię to rok w rok od bardzo dawna. Uznałem, że mam wokół siebie wystarczająco dużo Doktora Faustusa albo jego zapowiedzi.