W jakiej sprawie?
Scena z przedstawienia "Matka Joanna od Aniołów" w reżyserii Wojciecha Farugi, 2020, fot. Magda Hueckel/Teatr Narodowy w Warszawie
Całość zainscenizowana jest zgodnie z literą i logiką tekstu. Ale jak u Klaty dystansu było zbyt dużo, tak w spektaklu Farugi zdecydowanie zabrakło krytycznego podejścia do tekstu i tematu. Nie sposób nie zadawać sobie pytania – w jakiej sprawie powstał ten spektakl? Nie bez znaczenia jest moim zdaniem fakt, że "Matka Joanna od Aniołów" to rzecz "przenoszona", bo realizację w 2016 w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej cofnięto z uwagi na kontrowersje dotyczące rzekomego plagiatu. Nie mam poczucia, że reżyser chciał rzeczywiście poprzez pracę w Narodowym coś ważnego powiedzieć, bo i niczego, co mogłoby stanowić krytyczny komentarz do rzeczywistości i samego tekstu w swoim spektaklu nie ujął. Doprawdy trudno uwierzyć, że można dziś taki tekst "po prostu" wystawić, bez głębszej negocjacji znaczeń w kontekście współczesności. "Miałem poczucie, że wszystkie zbyt łatwe odniesienia do współczesności nie służą temu utworowi", powiedział reżyser w jednej z przedpremierowych rozmów. Z pewnością wpisywanie się w artystyczną koniunkturę poprzez tworzenie prostych i nieuczciwych intelektualnie (bo usilnych i projektowanych na skróty) odniesień działałoby na szkodę inscenizacji, ale szkoda, że Faruga nie pokusił się o bardziej odważną, wysublimowaną grę z tym tekstem i poruszanymi przez niego tematami. Kwestie, które wyraźnie osadzają i tekst Iwaszkiewicza, i jego słynną adaptację filmową w namyśle etycznym: miłość, napięcie między świętością i bluźnierstwem, wątki pod hasłem unde malum? – tworzą w spektaklu Farugi oczywisty horyzont.
W spektaklu jest jedna naprawdę świetnie pomyślana scena, która może posłużyć za klucz do odczytania całości. To moment spotkania Suryna (w tej roli przejmujący chwilami Karol Pocheć) z cadykiem, który staje się wielogłosowym "potworem" granym przez pozostałe postaci. Rozmowa o złu i miłości jest jak opętańczy seans rodem z filmu Von Triera – w opuszczonej zapadni (dobrze wykorzystany techniczny potencjał małej sceny) Suryn zostaje osaczony przez postaci, które doprowadzają go, samotnego przybysza, do "rozstroju poznawczego". Ta scena może być interesującym kluczem lektury spektaklu, bo ustanawia Suryna jako figurę zbłąkanego umysłu. Cała opowieść staje się wówczas rzeczą nie tyle o wypadkach w Ludyniu, opętanej zakonnicy, ale o egzystencjalnej rozpaczy osoby, która zapętla się w głębokich rozważaniach o istocie zła, odnajdując jego iskry przede wszystkim w sobie. Wszystko, co dzieje się w miasteczku staje się teatrem tego procesu – rozpoznawania demonicznego potencjału w sobie samym.
Spektakl wieńczy scena triumfu Matki Joanny. Wchodzi (a w zasadzie zostaje wniesiona przez pozostałe siostry) na scenę inna, szelmowsko uśmiechnięta – jest świętą. W bieli, ze świtą u swoich stóp i aureolą symbolicznie oznajmia swoje zwycięstwo. Całą narrację na poziomie psychologicznym odczytać można jako zmyślną manipulację, której ofiarą padł przybysz-jezuita (w finale w opętańczym widzie mordujący wszak Kaziuka i Juraja). Na poziomie politycznym takie zakończenie może być czytane jako triumf instytucji religijnej.