Dorota Masłowska, fot. Sisi Cecylia
A jak, poza słuchaniem Radia Pogoda, przebiegał twój językowy research do "Bowiego w Warszawie"? Podczas lektury często zapalały mi się lampki skojarzeń, np. z książkami młodzieżowymi z tego okresu.
Język, którego używam w tej sztuce nie jest dosłowną rekonstrukcją, tylko pewną impresją na temat tego, jak wtedy mówiono. Na przykład wyolbrzymiłam tę wibrację języka młodzieżowego, czerstwego slangu, powiedzonek typu "co? pstro!" i tego co najbardziej mnie w nim bawiło, czyli takiej hiperpoprawności. Język, którego doświadczamy w ówczesnych książkach, jest w jakiś sposób dystyngowany, bardzo schludny i nieraz wręcz w śmieszny sposób poprawny.
Więc bawiło mnie hakowanie go i wprowadzanie do niego różnych nieprzystających elementów: bardzo poetyckich metafor albo rzeczy niedopuszczalnych z tamtej perspektywy – ordynarnych czy erotycznych.
A czy jak bardzo zanurzysz się w jakiś język, to on później wnika do twojego języka codziennego?
Oczywiście. Jestem bardzo podatna na takie infekowanie się różnymi językami i potem trudno mi się pozbyć różnych takich "co? pstro" i "fiksum dyrdum". Czasami to jest niekomunikatywne, bo te zwroty są zbyt przestarzałe, ale myślę, że mówienie językami, różnymi takimi anomaliami językowymi, daje mi trochę koloru na co dzień.
W jednym z felietonów dla "Dwutygodnika" pisałaś o tym, jak odkryłaś, że jednym z języków, którym nie potrafisz się posługiwać, jest opisywanie przyrody. Są jeszcze jakieś inne języki, które wprawiłyby cię w pisarskie zakłopotanie?
Rzeczywiście, to pisanie o przyrodzie, doświadczenie tej niemożliwości i próżni wydało mi się ciekawym wyzwaniem. Ale jakoś tego nie pociągnęłam – nie będę kłamać: nie pracuję teraz nad książką z opisami przyrody.
Myślę, że jest tego cała masa. Raczej rzadko się zdarza, że znajduję nagle język, który jest dla mnie wielomówny i jestem w stanie nim wyrazić coś więcej niż sumę słów. Nie potrafiłabym zdefiniować, które rejestry tak mnie uruchamiają. To chyba jest związane z momentem, w którym jestem i jest w tym pewna losowość. Nie ma co się po mnie spodziewać powieści realistycznej czy historycznej. Lgnę tam, gdzie jest potencjał piękna, dziwności, fantazji. Ale science fiction też nie wchodzi w grę.
Mówisz, że nie potrafiłabyś napisać powieści realistycznej, ale tych realiów w twoich książkach jest sporo. Miałaś takie sytuacje, że ludzie wokół ciebie mówili: "pani przy niej nie rozmawia, bo jeszcze weźmie i w książce napisze"?
Oczywiście. Ale to działa jeszcze inaczej. Wielokrotnie słyszałam, jak ktoś ostrzega, że strzygę uszami i że lepiej uważać, bo ukradnę to wszystko do swoich książek. Uważam, że ludzie przeceniają wartość swoich słów. Nie wszystko jest aż takie świetne i ciekawe. Wielokrotnie spotykałam się też z odwrotną sytuacją. Że ludzie stylizują swoje wypowiedzi, tak jakby uzdatniają literacko w poczuciu, że do pisarza tak się mówi. Albo w nadziei, że pisarz to usłyszy i wykorzysta w swojej literaturze.
Może w tym jest jakieś pragnienie unieśmiertelnienia się, ale też miewam wrażenie, że aura bycia pisarką działa na ludzi tak, że chcą przy mnie tworzyć literaturę w czasie rzeczywistym. Zaczynają tworzyć wielopiętrowe metafory i uwzniaślać swoje wypowiedzi – co bywa urocze, ale bywa też okropne. Kiedyś pewien człowiek długo tłumaczył mi coś skomplikowanego i bzdurnego, a na koniec dodał: "No, to ty już sobie weźmiesz z tego, co tam będziesz chciała" (śmiech). Słowem: truł mi w darze.