Masłowska po kilkunastu latach wraca do formuły dramatu. Podobnie jak w "Między nami dobrze jest" eksploruje kobiecą genealogię i wytwarzaną przez nią (post)pamięć (tematy te osadza w postaciach dwóch sióstr – przetrwanek powstania warszawskiego), ale najintensywniej skupia się na kwestii kobiecego homoseksualnego pragnienia. Jak przyznała w rozmowie z Michałem Nogasiem, w ramach pisania "Bowiego w Warszawie" kierowała nią misja, by "zakraść się do tamtych czasów i zainstalować w nich taką historię". Tamtych, czyli lat 70. ubiegłego wieku, epoki Gierka, rozbuchanego rozwoju, za którym kroczył poważny krach. Lesbianizm w Polsce Ludowej był tematem przemilczanym w ramach dominującej męskiej narracji lub "funkcjonował jako perwersyjny wabik” – jak pisał Krzysztof Tomasik w książce "GEJEREL. Mniejszości seksualne w PRL-U". Opowieść o Reginie (w tej roli gościnnie Maja Pankiewicz) mierzącej się z własnymi, nienazwanymi uczuciami, zawodami emocjonalnymi i oczekiwaniami matki Masłowska zdecydowała się usytuować w ramach konwencji kryminału milicyjnego. Ten rodzaj prozy – nazwany i zdefiniowany w 1972 roku przez Stanisława Barańczaka, nota bene rok przed legendarną wizytą Bowiego w Warszawie – był propagandowym narzędziem o siermiężnej fabule, w której milicjant-bohater mierzy się z potężnym wrogiem i zawsze wygrywa. "Zamiast powieści-zagadki mamy powieść-perswazję", pisał Barańczak.
Scena z przedstawienia "Bowie w Warszawie" w reżyserii Marcina Libera, 2021, fot. Natalia Kabanow/Teatr Studio w Warszawie
Ale Masłowska – tworząc zręby kryminalnej historii z Dusidamkiem z Mokotowa w tle – ośmiesza tę konwencję, nie tyle parodiując jej sensacyjność, ile wypaczając jej dynamizm. Wyraźnie nawiązuje do formuły powieści milicyjnej, ale czyni to tak, jakby świadomie wkładała patyk w szprychę możliwej do poprowadzenia akcji. Milicjant (komiczny Marcin Pempuś) nie jest tutaj żadnym superbohaterem, ale nieporadną "głową rodziny" w za dużym służbowym płaszczu i szowinistycznym żarcikiem w zanadrzu. Zasygnalizowana na początku tajemnica związana z postacią złoczyńcy rozmywa się w toku spektaklu, a blisko trzygodzinne przedstawienie to przede wszystkim obraz zmagania się Reginy z rzeczywistością, w której trudno jej się odnaleźć. Postać lesbijki z lat 70. odsyła do funkcji organizacyjnej języka – skoro nie mówiło się o miłości romantycznej i związkach erotycznych kobiet; skoro w codziennym słowniku brakowało określeń na te relacje, to nie było z czym się utożsamić. Nie było w czym się przejrzeć. Regina próbuje oponować przed narzucaniem jej relacji z mężczyzną ("to bardziej narzeczony mamy", mówi o wybranym jej przez matkę "partnerze"), buntuje się przeciwko aranżowanemu małżeństwu z pieczarkarzem (w tej roli Robert Wasiewicz) nieustannie poprawiającym nażelowaną fryzurę. Ale jest w swojej walce samotna. Kreacja Pankiewicz wyłamuje się zresztą z komiczno-groteskowego charakteru pozostałych ról; aktorka nie operuje przerysowaniem ani komediową brawurą, a swoją postać prowadzi bardziej serio.