Wedle dobrej filozofii! Nie gorszej przynajmniej od tej, która dokonanych czynów i tego, jakiej się jest kondycji, chce wywodzić z rysów twarzy, z barwy i z postawy, bo jeśli z pierwszego wywodzi się drugie, to i z drugiego można wnieść to pierwsze. Wymienność ta umyka tym, którzy już w imię idealizmu, już to realizmu, jednako wymiennych, walczą o jedną lub drugą doktrynę, podobni tym dwóm rycerzom, którzy stanęli w szranki, by stoczyć bój o barwy tarczy, choć każdy nich widział tylko jedną jej stronę, jak opisuje to Carpenter w swej głębokiej przypowieści. Dla Don Kichota dobrą filozofią była, rzecz oczywista, jego filozofia, kastylijska: realizm, który z czynów wywieźć potrafi rysy twarzy, który działa z wewnątrz na zewnątrz, odśrodkowy, wolitywny, który wiatraki przeistacza w olbrzymów, nie bardziej szalony od tego, który przeistacza olbrzymy w wiatraki, takiż realista i takiż idealista. Koniec końców, ani rysy twarzy nie prowadzą do czynów, ani te ostatnie do rysów twarzy, tak jak organ nie pochodzi od funkcji, ani funkcja – od organu, bo wszystko wynika z wszystkiego; bez przerwy bije z wielkiej i całkowitej praprzyczyny, zarazem przyczyna i skutek albo ani przyczyna, ani skutek, jak kto woli, gdyż dotarłszy tu, wszystko jest jednym i tym samym. I koniec już, basta z rycerskimi księgami metafizycznymi, które doprowadziły zacnego Alonsa Quijano do tego, iż "wskutek niedosypiania i zaczytywania się mózg mu sczezł do tego stopnia, że postradał on zmysły".
A zatem malarz, który chciałby namalować Don Kichota podług dobrej filozofii kichotowskiej, powinien z jego czynów i z kondycji jego wywieść jego rysy, barwę i wzrost, posługując się wyborem z empirycznych danych, które udostępnił nam Cidi Hamete jako dowody ostateczne. Aby to osiągnąć, powinien ów malarz odkryć własną duszę – to ona bowiem, będąc medium, które zainspirowane owymi wspaniałymi czynami i wzniosłą kondycją, przywołać musi z własnej duszy duszę kichotowską, a gdyby przypadkiem nie miał jej w sobie, niech lepiej da sobie spokój z przedsięwzięciem, komuś innemu widać pisanym. Mając to na uwadze, raczył rzec sam Don Kichote:
Niech mnie maluje, kto chce, ale niech mnie nie zniekształca, nieraz cierpliwości zabraknie, kiedy ją obelgi przygniotą.
Sportretować Don Kichota, nie zniekształcając go, to ubrać jego duszę w indywidualne, transparentne ciało, to stworzyć symbolizm wizualny, w największym stopniu skupienia i mocy, w człowieku symbolu. Ażeby dojść do tego, należy szukać duszy szlachcica z La Manczy na nieśmiertelnych stronach, które napisał Cide Hamete, choć nie ograniczać się do nich.
Don Kichote żył i żyje poza nimi, natomiast artysta hiszpański godny namalowania jego portretu może nieoczekiwanie odnaleźć go żywym w prawdziwej głębi swego ducha, jeśli będzie w nim szukać z miłością, ustawicznie i w nieustannej kontemplacji zgłębiając go i eksplorując. Cide Hamete nakreślił jedynie biografię rzeczywistego żywego człowieka, nic ponadto. A że niemało jest takich, którzy żyją w błędzie, twierdząc, że nigdy nie istniał niejaki Don Kichote, należy podjąć się tego samego trudu, jakiego on sam się podjął, by przekonać ludzi, iż istnieli błędni rycerze.
Z chwilą, kiedy analityczna i aptekarsko skrupulatna nauka nie tylko zatapia swoje narzędzia w żywym wątku, w którym splatają się i splątują legenda z historią, lecz także usiłuje ustalać granice dzielące je od powieści i baśni czy mitu, wówczas z życiem rozmywa się prawdę, ograniczając wszystko wyłącznie do prawdopodobieństwa, tak użytecznego dla kwerendarzy i wszelkiej maści strażników Świętej Hermandady. Tylko jeżeli zabije się życie, a wraz z nim najprawdziwszą prawdę, można oddzielić historycznego bohatera od bohatera powieściowego, mitycznego, baśniowego czy też legendarnego i utrzymywać, że jeden istniał całkowicie w pełni albo niemal w pełni, inny natomiast – po części, a ten tam z kraja – żadną miarą.
Bo istnieć znaczy żyć, a kto działa, ten żyje. Istnieć to działać. A czyż Don Kichot nie działał i nie oddziaływa na duchy innych tak mocno i żywo jak na jego ducha oddziaływali wszyscy wcześniejsi odeń błędni rycerze, i to tak aktywnie i żywo jak tylu innych bohaterów, o których historycznej realności zawsze może zaświadczyć niejaki don Álvaro Tarfe?
W duszy narodu zostaje zasiane ziarno nadchodzącego bohatera, zanim ten wzejdzie na światło życia. Przeczuwany jest przez nią jako kondensacja ducha w niej wylanego, czeka więc na jego nadejście. Powiada się, że w każdej epoce zjawia się bohater na miarę potrzeb. To rzecz oczywista; tak jak oczywiste jest to, że w każdej epoce bohater chłonie wielkie idee tego czasu, jedyne wielkie w ów czas; rozpoznaje potrzeby swego czasu, jedyne potrzebne w owym czasie, i zanurza się w jednych i w drugich. I każdy inny niezbędny bohater skończyłby w nędzy lub okryty pogardą, jako galernik albo pensjonariusz w zakładzie dla obłąkanych, a może − na szafocie.
Bo bohater to nie kto inny jak zindywidualizowana dusza zbiorowa, ktoś, kto współodczuwając z narodem, odczuwa bardziej osobiście. Prototyp i rezultat, węzeł duchowy narodu. I nie można rzec, by mu przewodził, bo jest jego świadomością i wyrazem jego aspiracji.