Chociaż reporter od zawsze podkreśla, że ważna jest dla niego forma, jeszcze nigdy nie pozwolił sobie na tak wiele. W "Nie ma" tworzy coś w rodzaju metafizycznego teatru słów, w którym nieobecność staje się lekcją istnienia.
Na jednym ze spotkań autorskich Mariusz Szczygieł żartował, że jego książka jest skomponowana jak program festiwalu piosenki w Opolu: szybsze utwory przeplatane wolniejszymi, krótsze dłuższymi, o różnym ładunku emocjonalnym. Już w pierwszym rozdziale "Nie ma" oznajmia: "Metro w każdym kraju jest sceną i widownią zarazem. Lubię szybką zmianę obsady. Lubię poczucie, że ten sam aktor nigdy nie zagra dwa razy". Dla reportera sceną staje się kartka papieru, na której eksperymentuje z dekoracją. Chce mieć pewność, że każda relacja będzie miała niepowtarzalną oprawę. Opowieść o rzeźbiarzu Tomaszu Górnickim rozpisuje więc na "Wiele męskich scen", poszarpana narracja "Rzeki" płynie między wykropkowanymi linijkami, a historia życia Ewy zostaje ujęta w tabeli w Excelu.
Można by się zastanawiać, czy tę zmienność formy traktować jako przejaw ekstrawagancji albo kaprys znużonego ramami gatunkowymi artysty. Trzeba jednak mieć na uwadze, że zawsze wynika ona z treści i realizuje podstawowe założenie opowieści non-fiction: przedstawia prawdę. Ta z kolei nie jest dla autora ograniczeniem, tylko wyzwaniem. Gdy na początku kwietnia jury konkursu na najlepszą książkę reporterską roku 2019 ogłosiło listę finalistów, werdyktowi towarzyszyła informacja, że dwie wyróżnione publikacje "poszerzają granice reportażu literackiego". Są to "Dom z dwiema wieżami" Macieja Zaremby Bielawskiego (w przekładzie Mariusza Kalinowskiego) oraz właśnie "Nie ma" Mariusza Szczygła. O ile pierwsza z nich – jak się okazało zwycięska – zgrabnie scala esej, reportaż historyczny i sagę rodzinną w jeden utwór, o tyle druga sprawdza reportażowość innych form narracji. I wychodzi z tej próby obronną ręką.
Szczygieł nie przydzielił czytelnikowi roli biernego widza. Wymaga od niego emocjonalnego zaangażowania i skupienia. "Nie ma" staje się momentami opowieścią bardzo intymną, zachowującą jednak zdrowy dystans. Albo inaczej: śledząc kolejne etapy twórczości reportera, możemy zaobserwować skracanie dystansu między twórcą a odbiorcą. Niemniej jest to zabieg w pełni kontrolowany – może więc to tylko iluzja: wydaje nam się, że wiemy o autorze więcej, a tak naprawdę, nie wiemy nic. Taka intelektualna gra w kotka i myszkę, która momentami irytuje, ostatecznie wciąga.
Nawet tę najbardziej osobistą opowieść w swoim dorobku autor "Gottlandu" dawkuje z umiarem. I tak też powinna przebiegać jej lektura. Każdy rozdział to odrębny świat, przed którego odkryciem należy wziąć głęboki oddech i wypuszczać powietrze zdaniami, akapitami. "Nie ma" staje się czymś w rodzaju terapii i to nie tylko dla samego reportera. Przypomina o tym, co drobne, codzienne, z pozoru niepotrzebne, oczywiste. Mówi o interakcji człowieka z przedmiotami i przestrzenią, zapisanych w rzeczach wspomnieniach. Fragment traktujący o budapesztańskim sklepie, w którym można kupić przedmioty po zmarłych, rozsiewa podobną aurę co nagrodzone Nike "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcina Wichy. To, co najważniejsze w "Nie ma", rozgrywa się nie na poziomie faktów, a emocji. Liczą się nie tyle zdarzenia, co przeżycia. Książka ta jest również opowieścią o dojrzewaniu do zmiany, straty, o radzeniu sobie z samotnością. Nie jest przy tym naiwna czy przesadnie tkliwa – raczej orzeźwiająca.
Wprawdzie szczególnie intrygująca wydaje się relacja reportera z samym sobą, jednak "Nie ma" jest zapisem wielu spotkań na różnych płaszczyznach. Są one incydentalne bądź zmieniające bieg wydarzeń; z osobą lub wspomnieniem. Takie, które chce się pielęgnować, powtarzać albo wymazać. Podczas lektury książki niektóre spotkania umykają, żeby zrobić miejsce na te pozostawiające ślad.
Szczygieł wciąż potrafi zaskoczyć. Z najbardziej banalnej historii udaje mu się wydobyć drugie dno. Z uważnego obserwatora przemienia się w filozofa. Czasem po prostu rozśmiesza lub wzrusza czytelnika. Jak to robi? Cały czas szuka. Czyta ściany, tabelki i obrazy jakby chłonął fascynującą powieść. Z abstrakcji wyłuskuje konkret. Kokietuje błyskotliwą frazą. Dobiera słowa w taki sposób, by nie dało się ich przemontować. Zdania układa tak, że pominięcie jednego powoduje zachwianie konstrukcji całej opowieści. Nawet poszczególne rozdziały "Nie ma", na pozór luźno ze sobą powiązane, tworzą kolejne szczeble drabiny, a przeskoczenie któregoś grozi upadkiem. Nie znajdziemy tutaj przypadkowości ani sztuczności, za to sporo (auto)ironii. Mimo precyzyjnie zaplanowanej narracji, czuć lekkość, wewnętrzną energię i otwartość.
Czytelnik ma szansę przyjrzeć się samemu procesowi tworzenia i zastanowić się nad jego efektem. Autor zamieścił w zbiorze swój najgłośniejszy i nagradzany reportaż o dzieciobójczyni, która po odbyciu kary pracowała jako nauczycielka i ekspertka Ministerstwa Edukacji Narodowej. Chociaż "Śliczny i posłuszny" ujrzał światło dzienne w 2013 roku, po latach jego siła oddziaływania jest wciąż taka sama. Szczygieł pokusił się także o komentarz do tego, co działo się po publikacji, ujawniając przy okazji kulisy powstania reportażu. Wyjaśnia swoje postępowanie, artykułuje wątpliwości i obawy, wyciąga wnioski. Ten kilkustronicowy przypis staje się lekcją pokory, odpowiedzialności reportera za słowo i za bohatera. Pozwala skonfrontować własną opinię z reakcjami innych, a więc spojrzeć na sprawę z drugiej strony.
Niezwykle cenną umiejętnością w pisaniu, zwłaszcza reportaży, jest pozostawienie odbiorcy wyboru, zaufanie jego inteligencji i wrażliwości. Czytelnik Szczygła ma ten komfort, swobodę, która pozwala mu wniknąć w przedstawiany świat.
Mariusz Szczygieł, "Nie ma"
Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018
Liczba stron: 336
ISBN: 9788365970312