Dopełnieniem "SadyYakko" stała się najnowsza solowa praca artystki – "Rapeflower" (2024). Jej premierę poprzedził pogłębiony research, który prowadziła w ramach programu "SoDA" MA w ramach HZT Berlin (jednych z najważniejszych w Europie studiów dla rozwoju choreografii eksperymentalnej), University of Arts Berlin & Ernst Busch Academy of Dramatic Arts Berlin oraz podczas rezydencji "Thinking Through the Museum" w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Tym razem dramaturgicznie wsparła ją Weronika Murek, muzycznie – Olga Mysłowska, a za reżyserię światła, tak jak w "SadzieYakko", odpowiadał Aleksandr Prowaliński. Wymieniam pozostałych twórców, ponieważ "Rapeflower" to propozycja narracji prowadzonej równolegle na wielu różnych poziomach – wizualnym, ruchowym, tekstowym i muzycznym – wchodzących ze sobą w niezwykłą, intertekstualną rozmowę. Tym razem już nie tylko własne pochodzenie i zainteresowania tworzą bazę spektaklu, ale nade wszystko osobiste doświadczenia. "Rapeflower" to spektakl mocny jak policzek w twarz od ukochanej osoby, zarazem delikatny i kojący jak letnia bryza. Wymagający niezwykłej odwagi od twórczyni, za każdym razem może stanowić wyzwanie dla widzów, zwłaszcza że w polskim teatrze i tańcu nikt jeszcze w taki sposób nie opowiadał o gwałcie, najwyższej formie przemocy seksualnej.
Zdjęcie ze spektaklu Hany Umedy "Rapeflower", fot. Pat Mic
Również i tu Umeda sięga po taniec jiutamai, tym razem zwracając naszą uwagę na fakt, że nie mógł on być wykonywany przez kobiety na scenie, a pokazy miały ambiwalentny charakter prywatnych recitali tanecznych przeznaczonych dla męskich spojrzeń, w dzielnicach o podejrzanej reputacji. Inaczej niż w "SadzieYakko", jej ciało jest nagie, choć od początku "nadpisane", przykryte przez wideo intensywnie żółtych kwiatów rzepaku, a w dalszej części – projekcją prac Artemisii Gentileschi. To pierwsza w Europie oficjalnie uznana artystka malarka zgwałcona przez swojego nauczyciela, który został skazany, a w swoich barokowych obrazach przywołująca postać Lukrecji, którą spotkał ten sam los (ale też Judyty z głową Holofernesa).
Nośnikiem tych wszystkich nakładających się na siebie (dosłownie, na poziomie wizualnym, i metaforycznie – w krzyżujących się narracjach) postaci, opowieści o wielowiekowej krzywdzie i zadośćuczynieniu staje się ciało artystki. Umeda decyduje się tu też na performatywne gesty, które znamy z feministycznej sztuki ciała. W "Rapeflower" wybiera odwrotną drogę niż w "SadzieYakko", bo od pełnej nagości przechodzi do kostiumu, zwyczajnego, ale kulturowo znaczącego – różowego dresu. Jak pisze Monika Kwaśniewska: