Wystawiona w 2019 roku w Operze Wrocławskiej kompozycja Zygmunta Krauzego, z librettem Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i w reżyserii Hanny Marasz. Alegoryczna opowieść o dzieciństwie, utracie i brutalnej rzeczywistości wojny, niepozbawiona odniesień do współczesnej sytuacji uchodźców ryzykujących życie w czasie przeprawy przez Morze Śródziemne do Europy.
Afrykański lud Jorubów nazywał ją Jemodią albo Jemają. Była wnuczką Olódumàrè, najwyższego z bogów, który powołał do istnienia całe zastępy swoich emanacji zwanych oriszami. Wśród tych duchów – albo bóstw niższego rzędu – szczególnymi względami Olódumàrè cieszyli się Oduduwa, reprezentujący żeński aspekt jego natury, i jego przeciwieństwo Obatala, odzwierciedlające aspekt męski. Ze związku tych dwóch oriszów zrodziła się właśnie Jemaja, patronka wód, opiekuńczy duch matek i dzieci. Według jednej z wersji mitu Jemaja, zgwałcona przez własnego syna Orungana, schroniła się na pobliskiej górze, gdzie tak długo przeklinała kazirodczego potomka, aż ten padł trupem. Oszalała z bólu Jemaja rzuciła się ze szczytu w przepaść – z kawałków jej ciała powstało piętnastu kolejnych oriszów, a z łona wypłynęła święta woda, dając początek wszystkim morzom na świecie. Według innej legendy była dawczynią wszelkiego życia: urodziła ludzkość, a jej wody płodowe rozlały się jak potop, tworząc rzeki, strumienie i oceany.
Jej imię oznacza matkę, której dzieci są niezliczone jak ryby. Jemaja stała się bóstwem płodności, matczynej troski, wilgotnej ziemi i życiodajnych wód. Kult Jemai-wszechmatki, przyniesiony do krajów Nowego Świata przez afrykańskich niewolników, przyczynił się do rozwoju rozmaitych religii synkretycznych, między innymi rozpowszechnionej w Brazylii candomblé oraz santerii, praktykowanej między innymi na Kubie, Haiti i Dominikanie. Jemaja, orisza potężna, a zarazem łagodna i litościwa, kojarzona z pięknem i miłością, stała się pocieszeniem wygnańców i opuszczonych, strapionych i płaczących, żywych i umarłych.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Yemaya – Królowa Mórz", fot. Marta Ankiersztejn-Węgier / Opera Wrocławska
Obrazek
yemaya-krolowa_morz_10.jpg
Trudno się dziwić, że tragedia Aylana, trzyletniego syryjskiego Kurda, który w 2015 roku utonął wraz z matką i bratem podczas próby przeprawy z Turcji na grecką wyspę Kos, wstrząsnęła opinią publiczną na całym świecie. Zdjęcie wyrzuconego na brzeg ciała chłopczyka przez długie tygodnie nie schodziło z pierwszych stron gazet. Trudno też się dziwić, że pierwsi odbiorcy sztuki Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk "Yemaya – królowa mórz", wystawionej 28 maja 2016 roku we Wrocławskim Teatrze Lalek, z miejsca skojarzyli przesłanie utworu z ówczesnym kryzysem uchodźczym. Sama autorka prostowała kilka lat później w rozmowie z Kamilą Paprocką-Jasińską na łamach miesięcznika "Teatr":
Text
To się wzięło z tego, że zadzwoniła Marysia Wojtyszko i zaproponowała, żeby napisać tekst dla Wrocławskiego Teatru Lalek, a ja jej powiedziałam, że chciałabym, żeby historia działa się pod wodą. Myślałam cały czas o przyjacielu, który zalewał się alkoholem. Dosłownie tonął w alkoholu. A słynne zdjęcie wyrzuconego na brzeg dziecka pojawiło się sporo potem.
Dalej tłumaczyła:
Sztuka opowiada o tym, że jeśli nie zaakceptujesz swojego dziecka, to ono zanurkuje od ciebie do podwodnego świata, będzie wolało umrzeć, niż być z tobą. Chyba że je wywołasz z powrotem, wyślesz mu wiadomość głosową w bańce powietrza i powiesz, że teraz rozumiesz, o co mu chodziło.
Bohater sztuki Sikorskiej-Miszczuk, pięcioletni Omar, nurkuje do świata Yemai, istoty opiekuńczej, znanej jednak z tego, że niechętnie przywraca swych podopiecznych istotom na lądzie. Chłopiec trafia do jej królestwa, wypadłszy za burtę z łodzi, którą ucieka z ojcem przed okrucieństwem wojny. Ale już przedtem nie był szczęśliwy. Po stracie matki wychowywany przez ojca, nie umiał z nim znaleźć wspólnego języka, rozmawiając w zamian z domowymi sprzętami, balkonem i rosnącymi na nim kwiatami. Mądrość i spokój odnalazł dopiero na dnie oceanu. Na tę niejednoznaczność zwrócił już uwagę Szymon Kazimierczak w swojej recenzji z przedstawienia Wrocławskiego Teatru Lalek:
Text
Dramatyczne obrazy ludzi stłoczonych na morskich statkach to przecież także znany nam widok. Ale w spektaklu nie do końca jest jasne, czy to zdarzenie nie symbolizuje zatopienia się bohatera we własnych fantazjach, pozwalającego mu bronić się przed okrucieństwem pochłoniętej wojną rzeczywistości.
Rozwijając tę myśl w innym artykule, opublikowanym w "Teatrze" we wrześniu 2017 roku, wysunął konkluzję, że fala uchodźców w Europie – jeden z najtrudniejszych tematów społeczno-politycznych ostatnich lat – najmocniej wybrzmiał właśnie w tym przedstawieniu, którego intencją było wywołanie w młodych widzach "empatii wobec losów bohaterów skazanych na tułaczkę po świecie i usiłujących odnaleźć się w nowych warunkach".
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Yemaya – Królowa Mórz", fot. Marta Ankiersztejn-Węgier / Opera Wrocławska
Obrazek
yemaya-krolowa_morz_14.jpg
Sztuka Sikorskiej-Miszczuk była pierwszym w jej dorobku utworem napisanym z myślą o dziecięcym odbiorcy. W równie nietypowej dla siebie roli wystąpił Zygmunt Krauze, pisząc na zamówienie Opery Wrocławskiej operę familijną do libretta opracowanego przez autorkę dramatu – w ramach programu zamówień kompozytorskich realizowanych przez Instytut Muzyki i Tańca, dofinansowanych przez Fundusz Promocji Kultury MKiDN. Operową "Yemayę – królową mórz" anonsowano jako historię "o rodzinie, miłości, przyjaźni, poszukiwaniu szczęścia oraz akceptacji siebie i swoich najbliższych, do czego kluczem jest otwartość i tolerancja". Prapremiera odbyła się 1 października 2019 roku, z udziałem Chóru, Chóru Dziecięcego, Baletu i Orkiestry Opery pod dyrekcją Adama Banaszaka, pod kierownictwem muzycznym Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, w reżyserii Hanny Marasz, ze scenografią Matyldy Kotlińskiej, w kostiumach Anny Sekuły i z choreografią Łukarza Ożgi. W głównych rolach wystąpili między innymi Bożena Bujnicka (Yemaya), Jacek Jaskuła (Ojciec) i Helena Czech (Omar).
W jednej z pierwszych recenzji, opublikowanej na portalu PIK.wroclaw.pl, Dorota Olearczyk zwróciła uwagę, że "Yemaya" Krauzego
wprowadza ciekawy rys porównawczy do teatralnej inscenizacji dramatu Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk (…). Rządzi się innymi prawami scenicznymi, ale trudno powstrzymać się od zachwytu nad sposobem realizacji trudnego tematu i uznania dla realizatorów, twórców i artystów.
Justyna Rudnicka pisała na łamach "Ruchu Muzycznego", że autorka libretta
odwraca perspektywę, czyniąc z oceanu – dla wielu miejsca tragicznej śmierci – miejsce schronienia, dobra i spokoju. Dodatkowo, w duchu posthumanizmu, oddaje głos przede wszystkim zwierzętom (…) i rzeczom, które stają się głównymi ofiarami działań złego człowieka. (…) znacznie więcej miejsca poświęca chociażby śmierci rekina Gogo, aniżeli tragedii mieszkańców bombardowanego miasta. Omar, właśnie dlatego, że nie jest typowo «ludzki», zostaje dopuszczony do podwodnego świata. Reżyserka Hanna Marasz nie uległa pokusie stworzenia umoralniającej przypowieści o niegodziwości człowieka. Buduje za to uniwersalną historię o sile miłości i bólu utraty. (…) O tym wszystkim opowiada w zgodzie z muzyką, w której charakterystyczny ryt operowego stylu kompozytora został delikatnie wyczyszczony i poddany upraszczającej translacji.
Rudnicka sporo miejsca poświęca szczegółowej analizie materiału muzycznego:
w partiach wokalnych (przede wszystkim ojca i Omara) [pojawiają się] krótkie, szeroko rozpięte motywy rozczłonkowane za pomocą licznych pauz. Zygmunt Krauze zestawia je z melodyjnymi, a nawet lirycznymi fragmentami (szczególnie w partii Yemayi), które z powodzeniem mogłyby znaleźć się w musicalu. Tak jak we wcześniejszej "Pułapce", korzysta z silnie zrytmizowanych form tanecznych. Tutaj nie zostają one jednak (a szkoda) przybrudzone harmonicznymi "nieczystościami". Kompozytor swoim zwyczajem bawi się słowami, wypełniając je muzyką kontrastującą z ich znaczeniem. Przykładem takiego zabiegu jest chociażby opis zniszczonego miasta, który Omar wyśpiewuje przy akompaniamencie smyczków, na wznoszącej progresji. Rozdźwięk między tekstem a niosącą nadzieję harmonią działa silniej niż ilustracja, która notabene pojawia się w "Yemayi" dość często.
Zdecydowanie mniej łaskawie obszedł się z "Yemayą" Sławomir Pietras, którego oczekiwania wobec nowego dzieła Krauzego najwyraźniej rozminęły się z jego dotychczasowymi wyobrażeniami na temat jego twórczości.
Zawsze podobał mi się jego pogląd dotyczący konwencji operowej z pogranicza realności i wizji świata fantastycznego: "Owo odrealnienie jest moim zdaniem immanentną cechą utworu scenicznego. Świat realny możemy oglądać na ulicy, ale kiedy idziemy do teatru czy do opery, element dziwności, nienaturalności jest wówczas czymś oczywistym". Obecnie, niestety, idea ta w spektaklu "Yemaya", zamówionym i zrealizowanym przez Operę Wrocławską, kompletnie zawiodła, począwszy od tekstu Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, który opowiada prymitywnym językiem bajkę o podwodnych perypetiach chłopca Omara w krainie królowej mórz. Soliści śpiewają takie role, jak Rekin Gogo, Fiołek, Balkon, Kawał Ziemi, Kamień czy Serce Oceanu. Wszystko to przypomina konwencję zastosowaną w "Dziecku i czarach" Maurycego Ravela, która sprawdza się ewentualnie w kreskówce filmowej lub wykonaniu koncertowym z narratorem (…), co sugeruje kompozytorowi, aby uratować jego wartościową muzykę od zawiłości językowych i scenicznego bezsensu. Temu wszystkiemu nie pomogła wręcz świetlicowa reżyseria i amatorskie kostiumy. Natomiast dekoracje należałoby przechować w magazynach, aby w dobie kryzysu zagrać w nich "Legendę Bałtyku" lub "Rusałkę", jako że ich akcja rozgrywa się również pod wodą.
W swojej opinii Pietras okazał się jednak równie osamotniony, jak sześcioletni Omar w niezrozumiałym dla niego świecie zwykłych ludzi. Spektakl spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem zarówno dziecięcej, jak i dorosłej widowni, która dała się przekonać librecistce, że "ta historia ma współczesne konotacje, mówi o problemach, z którymi mierzy się współczesny świat", bez oporu przyjęła też sugestię reżyserki, że to opowieść "o skutkach wojny, oddziaływaniu człowieka na przyrodę, trudnych relacjach i stracie bliskich osób" – co zdecydowanie przemawia na korzyść twórców i realizatorów przedstawienia. Kilka tygodni po premierze "Yemaya – królowa mórz" doczekała się wykonania półscenicznego na estradzie Filharmonii Szczecińskiej, z udziałem tamtejszej Orkiestry Symfonicznej oraz Chóru Belcanto przy OSM I st. w Szczecinie. Zarejestrowana przez ekipę TVP Kultura, została wyemitowana na antenie 19 stycznia 2020 roku. Powróciła do repertuaru Opery Wrocławskiej na przełomie 2021 i 2022 roku, w ramach jubileuszu 60-lecia pracy artystycznej Zygmunta Krauzego.
"Czuję, że jest we mnie pewnego rodzaju dualizm. Z jednej strony chronię się przed tym, żeby nie angażować się w sprawy polityczne, z drugiej jednak bardzo je przeżywam. Jestem człowiekiem zaangażowanym emocjonalnie i staram się w swoich utworach te emocje przekazać", wyznał niedawno Krauze w rozmowie z Izą Smelczyńską. "Yemaya – królowa mórz" dowiodła czytelności owego przekazu. Dorośli wynieśli z niej mądrość, że "wojna jest wtedy, gdy żywi idą ścieżką umarłych". Dzieci zrozumiały, że czasem trzeba porozmawiać z kranem, żeby dojrzeć do konfrontacji ze światem dorosłych.