Kultury, której zasadniczy korzeń w Polsce od lat pozostaje niezmienny. Można jednak przypuszczać, że po Twardochu nic już nigdy nie będzie tak samo. Śląski pisarz stale się bowiem rozwija, choć zasadniczo niby nie musi.
Mało kto w Polsce zarobił na literaturze tyle co Twardoch, mało kto też zebrał tak dużo gorzkich słów krytyki, zwłaszcza ze strony portalu Dwutygodnik.com. Od premiery "Morfiny" każda nowa powieść wywoływała niemały ferment, a "Król" i "Królestwo" okazały się wręcz emblematycznymi narracjami burzliwej, drugiej dekady XX wieku. W swoich najsłynniejszych powieściach udało się Twardochowi trafić we wszystkie polskie punkty zapalne, wywołać cały szereg dyskusji, a przede wszystkim sprzedać bardzo, bardzo dużo książek. W Polsce i za granicą. Niestety – albo na szczęście – Twardoch, jak Stephen King czy Dan Brown, to prawdziwie nowoczesny prozaik, którego jedni kochają, inni nienawidzą.
Tej pozycji mógłby się z powodzeniem trzymać, pisząc kolejne literackie blockbustery, a jednak widać, że oczekuje od siebie czegoś więcej. Po świetnym, choć mało medialnym "Chołodzie" autor znowu eksperymentuje. "Powiedzmy, że Piontek" to ponowne wprowadzenie na karty powieści dziwacznej zjawy, znanej choćby z "Króla"– kaszalota. I chyba wreszcie można zrozumieć, o co chodzi. Podobnie jak Łukasz Orbitowski w "Widmach", Twardoch wchodzi na szlak romantyków, wypływa na ocean historiozofii. Kaszalot, który z początku wydawać może się Mobym Dickiem, jest w istocie heglowskim Duchem Dziejów i Królem Duchem Juliusza Słowackiego. A może wszystkim tym na raz. To interesujące, że obaj pisarze – Twardoch i Orbitowski – którzy na dodatek znają się osobiście, znaleźli w swojej twórczości miejsce na tę osobliwą metafizykę.
Jakby tego było mało, u Orbitowskiego w "Widmach" apokalipsa i nieuchronność przeznaczenia powiązane zostały z Polską, Twardoch z kolei chyba wiąże tą nicią cały euroregion Niemiec, Polski i Rosji, to, co niegdyś, przed I wojną światową nazywano Wschodnią Europą. Nie jest jednak wykluczone, że w kolejnych utworach pisarz ujawni więcej szczegółów tego osobliwego konstruktu, który aktualnie jest o tyle ciekawy, że łączy na swój sposób trzy tradycyjnie wykluczające się światy: polski, niemiecki i rosyjski, wiążąc je właśnie tym – apokaliptycznym fatalizmem.
Czy więc wychodząc od przygody jednego z wielu niespełnionych Ślązaków, którzy wszelkie ambicje i marzenia utopili w górnictwie, Twardoch tropi odwieczne ludzkie dylematy związane z nieuchronnością losu? Czy podejmuje się rozważań na temat swojej skomplikowanej tożsamości? A może po szekspirowsku żartuje lub też obraca w żart całe powinowactwo dziejów?
To jest właśnie ten typ powieści, którą przeczytać można w sposób twórczy. Dużo tu mrugania okiem, zabawy narracją. Przerzuca się w niej czytelnika z niemieckich kolonii w Namibii do futurystycznej Polski Ludowej. Dużo w tym prozatorskiej wirtuozerii, dużo też (chyba) odwołania do korzeni powieści, które tkwią właśnie w romantycznym poemacie, w starożytnym i nowożytnym eposie. Można wręcz uznać, że Twardoch widzi ścisłe zespolenie rozwoju epiki z burzliwością dziejów, być może wskazuje na polsko-niemiecko-rosyjski moloch jako miejsce kluczowe w rozwoju tej formy. Historii przecież osobiście doświadcza teraz głęboko i namacalnie, co rusz jeżdżąc na pomoc walczącej Ukrainie. Być może właśnie takim – dwojakim, żartobliwym i bezlitosnym – widzi wiatr historii, który od jakiegoś czasu staje się coraz bardziej porywisty.
Jak zareagować na to powinien czytelnik? To zależy. Idealnym odbiorcą dla tej powieści jest oczytany z poprzednimi dziełami Twardocha erudyta. Osoba oczekująca powieści podobnej do "Króla" czy "Morfiny" może poczuć się zawiedziona. Tym razem mniej jest prozatorskiego mięcha i wartkiej akcji, dużo z kolei odniesień do literatury na poziomie meta. Jak nigdzie indziej dotąd, w "Powiedzmy, że Piontek" poznać można refleksyjność autora i jego pisarskie zmory, jakby ujął to Ernesto Sábato. Całkiem jak romantyczne poematy powieść zawiera gdzieniegdzie otwarte, odautorskie komentarze na temat bieżącej polityki i osobiste doświadczenia z wojny w Ukrainie. Narrator ściąga maskę i zmienia się w autora, nieustannie naruszając epickie decorum. Czy powinno to komuś przeszkadzać, czy wręcz przeciwnie?
Na pewno "Powiedzmy, że Piontek" łączy w sobie ulubione chwyty Twardocha, znane z "Wiecznego Grunwaldu", "Morfiny" i "Dracha" – powieści, które ugruntowały styl autora. Jest to też ciekawa autointerpretacja własnej twórczości, klucz do jej podsumowania. Całość jest jednak zbyt efemeryczna, by można było mówić o jakimś wielkim finale. "Powiedzmy, że Piontek" może zwiastować zarówno pisarski przełom, jak i pisarski kryzys. Świadczyć o ewolucji, ale i o wyczerpaniu pisarza. O szacunku do epiki i narracji, ale też o zwątpieniu w jej wartość w opowiadaniu o dziejach ludzkości. Ostatecznie ten utwór tu i ówdzie zmienia się po prostu w esej albo felieton, czasem w literacką wprawkę.
Na pewno jednak pochwalić należy Twardocha za to, że oddał w ręce czytelnika coś tak nieoczywistego. Ci, którzy skreślili już jego twórczość, uznając śląskiego pisarza za gościa od kontrowersyjnych, efektownych fabuł, powinni podjąć rękawicę i tę książkę uważnie przeczytać. Jest opowieścią o zwątpieniu i zagubieniu, podobną do dojrzałych i eleganckich albumów wielkich gwiazd muzyki, takich jak Taylor Swift czy Kanye West. Jest świadectwem chaosu naszych czasów, poszukiwania wielkiej narracji o wielkiej historii jako nadziei na wyzwolenie.
Sam Twardoch okazuje się pisarzem zupełnie wymykającym się narosłym wokół niego stereotypom. Wizerunek śląskiego autora przez lata ociekał testosteronem, jakby na siłę przełamując polski stereotyp głodującego literata. Ale powieści takie jak "Pokora" czy "Chołod" mówią, że garnitur Ericha Marii Remarque’a nie był dla Twardocha aż tak wygodny. W "Powiedzmy, że Piontek" dużo jest odwołań do śląskiego kultu pracy, z którym Twardoch łączy literaturę. Dużo jest też o młodzieńczych marzeniach wybitych z głowy ojcowskim pasem, może zresztą to właśnie on jest tu kluczowy? Kto wie, czy autor po prostu nie ilustruje umysłu ustawionego w dzieciństwie przez rodzicielską przemoc. Umysł taki jest rzeczywiście nerwowy i chaotyczny, dyscyplinuje się za każdym razem, kiedy wyobraźnia idzie za daleko. I czy nie to właśnie łączy Niemców, Rosjan i Polaków – wieloletni kult surowego wychowania?
"Powiedzmy, że Piontek" rzuca zupełnie nowy blask na całą twórczość Szczepana Twardocha. Jest nowym otwarciem, wskazówką do lektury aktywizującej wszystkich pozostałych powieści. Pisarz dyskretnie odsłania miękkie podbrzusze, opuszcza gardę. Daje sygnał, że nadchodzi nowe. Albo i nie.
Szczepan Twardoch,
"Powiedzmy, że piontek", Wydawnictwo Literackie 2024,
Format:143x205 mm
Oprawa: twarda
Liczba stron: 256
ISBN:978-83-08-08440-3