Kiedy stos monet stał się dostatecznie duży, zaszła nieunikniona reakcja łańcuchowa, pałac z jego okrutnym mieszkańcem wybuchł, a sześćset oderwanych rąk ciemiężyciela utworzyło wirujący pierścień wokół planety Aktynurii. Rządy na niej objął uwolniony Pyron, witany jako dobry i sprawiedliwy władca. Z kolei Kosmogonik wrócił do właściwej mu pracy nad rozjaśnianiem gwiazd.
W "Uranowych uszach" – jak i w pozostałych "Bajkach robotów" oraz w wielu innych opowiadaniach i powieściach Lema – starcie sił dobra i zła jest pojedynkiem między mądrością a głupotą. Podobnie jak w ludowych klechdach źli władcy zostali upokorzeni i ukarani – bywa niekiedy, że unicestwieni – a najwyższy urząd państwa bądź planety przeszedł w ręce prawego bohatera, wybranego spośród wcześniej gnębionych poddanych.
Niepoślednią rolę odgrywa tu także ktoś, kto staje się katalizatorem zmian, poniekąd "jeździec znikąd" – w "Uranowych uszach" inżynier Kosmogonik – słowem kompetentna osobowość, reprezentant postępu technologicznego. Praktycznie nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, co młodym czytelnikom ("Bajki robotów", "Cyberiada" i "Opowieści o pilocie Pirxie" trafiły na listę lektur szkolnych) pozwala utożsamić się nie tyle z postacią mityczną, ile z całkiem rzeczywistą. Praca nad zagadnieniami naukowymi czy konstruktorskimi przedstawia się tu nie jako niedostępne dla profanów tabu, lecz przeciwnie, jako obiecująca przygoda, albo wręcz zaproszenie nastoletnich uczniów do mądrego eksperymentowania, oczywiście, pod okiem doświadczonego mistrza.
Pod pozorem czytelniczej zabawy skłania pisarz dziatwę szkolną do odpowiedzialnego, obywatelskiego myślenia; apeluje do ich kreatywności. Rozpłomienia młodą wyobraźnię nie bajkowymi czarami, ale zachętą do dobrowolnego poszerzenia wiedzy o te aspekty, które mogą zaowocować rzeczywistymi efektami. Słowem, mobilizuje do rozwiązywania wyzwań, stawianych nowym pokoleniom przez stały postęp nauki i wdrażanie jej osiągnięć w życie.
Jest tu także miejsce na apoteozę odwagi: Lem ukazał możliwości obywatelskiego nieposłuszeństwa, albo nawet – gdy wymaga tego sytuacja – buntu. Nikt nie ma bowiem prawa bezkarnie dysponować czyimkolwiek losem, w myśl tych czy innych, wydumanych wartości, jeśli ewidentnie wyrządza przy tym komuś krzywdę. Prawa logiki są równie bezlitosne jak prawa fizyki – każdej akcji towarzyszy reakcja, czyli "Gwałt niech się gwałtem odciska, A ze słabością łamać uczmy się za młodu!" – jak w sytuacjach zniewolenia apelował do swoich rówieśników nasz młody wieszcz.
W dziele pisarskim Stanisława Lema już od wczesnych utworów można wyczuć przemożną chęć przekazywania – zawsze w możliwie zrozumiałej formie – wielorakich aspektów naszej rzeczywistości, które zarówno autorowi i czytelnikom niekoniecznie musiały się podobać. Przeniesienie poza geopolityczny układ ziemski powszechnie znanych atrybutów sprawowania rządów – zniewolenia, tyranii, nadużywania władzy, nienawiści czy chciwości – siłą rzeczy musiały czytelnikom kojarzyć się (i nadal kojarzą) z praktykami dość bliskimi ich osobistym odczuciom. Cechujący reżimy totalitarne brak wolności słowa wymuszała (i wciąż wymusza) konieczność maskowania prawdziwych intencji, co w przypadku pisarza oznacza posługiwanie się na tyle sprytnym metajęzykiem, żeby wykluczyć ewentualne ingerencje cenzora.
Stanisław Lem był arcymistrzem inteligentnego kamuflażu. Jeśli jednak ktoś wskaże te fragmenty jego prozy, w których dokładał on zachodniemu światu za nietolerancję, czy na przykład za bezwzględne rządy rekinów wielkiego kapitału, dyktujących warunki całej reszcie zwykłych obywateli, to wystarczy takiego krytyka poprosić, żeby spojrzał na to okiem czytelnika cokolwiek zorientowanego w prowadzonej przez pisarza przewrotnej grze z państwowym mocodawcą. Kontrast między modelem sprawowania władzy w krytykowanych przez Lema państwach Zachodu, a tak zwanych demokracjach bloku wschodniego, był na tyle znaczący, że nikt rozsądny nie doszukiwał się w jego narracji ataków na tamtą, oficjalnie źle postrzeganą rzeczywistość, lecz de facto przymierzał ją do metod decydenckich "elit" z bezpośredniego otoczenia.
Lema bowiem nie powinno się czytać dosłownie. Autorowi "Uranowych uszu", piszącemu o wyimaginowanych światach, a w dodatku w bajkowej formie, trudno byłoby zarzucić przekłamania – mógł się tedy nie krępować, a cenzura przenigdy nie znalazła na niego sposobu. Na tym również polega siła jego oryginalnej, wiecznie aktualnej prozy.