Autor pofolgował swojej wyobraźni kryptonimując konteksty, czym sobie zdrowo igrał z PRL-owską cenzurą. Nie miała ona jednak powodu wstrzymywać druku "Pamiętnika…", skoro ponura powieściowa instytucja, zajmująca się inwigilowaniem wszystkiego co się rusza, w strzępkach swojej nie do końca rozszyfrowanej nazwy (Kap-Eh-Thalu) miała zaoceaniczny źródłosłów. Stosowane przez nią metody perswazji były jednak wyraźnie wschodniej proweniencji, z czym niejeden z czytelników wydanej w 1961 roku powieści mógł mieć nawet styczność.
W klimacie zbrodniczego totalitaryzmu opresyjnego państwa żaden z cenzorów nie próbował się dopatrzyć jakichkolwiek aluzji do ustroju PRL, gdyż tym samym potwierdziłby, że mu coś w nim nie pasuje. W jego dobrze pojętym interesie leżało zatem udawanie, że nie zrozumiał aluzji, choćby świetnie ją pojął (zwłaszcza wtedy). Pisarski geniusz Stanisława Lema polegał m.in. na tym, że przez pryzmat futurologicznych fantazji oceniał realne poczynania konkretnej, mniej lub bardziej minionej władzy, co w dodatku umiał wyrazić w sposób absolutnie nie do podważenia.
Tytułowy pamiętnik został odnaleziony przez archeologów, po około 30 wiekach od chwili powstania. Zachował się jako relikt przeszłości – jedyny znany ślad ludzkiej ręki pozostawiony na papierze. Zdarzyło się bowiem, że w latach poprzedzających wynalezienie innych form zapisu, np. elektronicznych, doszło do katastrofy "papyrolizy" ("W czasach tych nie istniała mnetamnestyka ani technika krystalizowania informacji"). Cały papierowy dorobek ludzkości uległ wówczas bezpowrotnemu rozpadowi; jedynie przypadek zrządził, że przetrwał właśnie ów rękopis, z dnia na dzień gorączkowo uzupełniany przez świeżo powołanego do służby tajnego agenta.
Nieznany z imienia bohater ukrywał swój rękopis przed niepowołanymi oczami pod wanną, co wystarczyło, żeby przetrzymał on (niby w kasie pancernej) skutki kataklizmu – wylewu lawy wulkanicznej. Wydobycie zeszytu spod wanny, wypełnionej zastygłą w ciągu trzech tysiącleci skamieliną, zasadniczo wzbogaciło nikłą wiedzę ogólną o odległych czasach drugiej połowy XX wieku i pozwoliło wyrobić sobie pewien pogląd na temat niekonwencjonalnych metod werbunku tzw. młodego zdolnego na obywatelską służbę. Oczywiście w imię najszczytniejszej (choć bliżej niesprecyzowanej) sprawy, na rzecz omnipotentnej (acz równie mgliście rozumianej) centrali wywiadowczej, a szerzej: państwa, którego godło widniało w jej herbie.
Bohaterowi przypadła w udziale Misja najwyższej wagi, gdyż innymi tzw. Gmach w ogóle się nie zajmował. Zanim delikwent zostałby na nią oddelegowany, musiał, co zrozumiałe, przejść całą procedurę szkoleń i wtajemniczeń. Sprawa zapowiadała się wcale niebłaho, z cyklu – kolokwialnie rzecz ujmując – "ściśle tajne, przed otwarciem spalić" czy też "tajne/poufne".
Gwarancją właściwego odnalezienia się nowo powołanego agenta do zadań o najwyższym stopniu ryzyka była jego kreatywność, co przekładało się również na powodzenie rzeczonej Misji. Kiedy zatem jakiś gabinet z kolejnym zwierzchnikiem, przed którym miał się zameldować, okazywał się niedostępny, bo obwarowany sekretarkami, niereagującymi na żadne bodźce poza rozkazami szefa ("Była to sekretarka absolutna: nie dostrzega niczego, co wykraczało poza jej kompetencje") bezceremonialnie wchodził wszędzie tam, gdzie drzwi oporu nie stawiały. Nabrał wkrótce przekonania, że to jedyna słuszna droga, choć nader niebezpieczna: dostrzegał bowiem rzeczy, jakie w tej akurat firmie absolutnie nie powinny mieć miejsca (np. fotografowanie przez jakiegoś umundurowanego osobnika ściśle tajnych dokumentów).
Jak się wkrótce okazało, w Gmachu panował totalny bezwład organizacyjny, co sprawiało, że mieszcząca się w nim instytucja stała się parodią samej siebie. Nikt nad niczym nie panował, zajęty mnożeniem pozorów własnej niezbędności. Poznany w stołówce oficer – amator pokątnych fotografii – wyznał bohaterowi, że w ten sposób dorabia sobie do "głodowej" pensji, a zdjęcia przekazywane rezydentom wywiadów obcych państw nie mają najmniejszego znaczenia dla bezpieczeństwa państwa i jego sojuszników.
Powszechnie przecież wiadomo, że obie strony podzielonego na dwie części świata wciskają sobie nawzajem tzw. kit. Dlatego można, a nawet trzeba zdradzać. Przyczynia się to do trwania względnego spokoju, a przy okazji dostarcza niezbędnego zajęcia organom wywiadu (naszego i nie tylko).
Inny z kolei, dystyngowany starowina wbity w mundur najwyższej rangi oficerskiej, lubujący się w zrywaniu epoletów, łamaniu szabel i policzkowaniu oficerów skromniejszych stopni za sprzeniewierzanie się nakazom honoru (stały rytuał przed ich zbiorowym rozstrzelaniem; wyższe szarże miały w tym względzie prawo do samodzielności oraz ułatwienie w postaci pistoletu przynoszonego na aksamitnej poduszce – "z lampasem" dla szczególnie zasłużonych) upodobał sobie bohatera, któremu w czasie uroczystej degradacji przydzielono akurat zadanie pucowania posadzki. Jako jedyny nie miał na sobie munduru, tak więc capo di tutti capi odkrywczo rozpoznał w nim urodzonego tajniaka i natychmiast awansował na osobistego ochroniarza. Niestety, świetnie zapowiadającą się kariera adiutanta głównodowodzącego spełzła na niczym, gdyż protektor, po przyjęciu imponującej dawki lekarstw, w trakcie wysłuchiwania słusznych skarg swojego ordynansa, odpłynął w swoim fotelu wprost w objęcia Morfeusza.
Wydobycie od wyższych szarż jakichkolwiek wytycznych na temat celu i zadań pierwszej Misji świeżo upieczonego agenta, najwyraźniej przekraczało uprawnienia kolejnych urzędników Gmachu i miało zawsze ten sam przebieg, przerywany wzniosłą tyradą o tajemnicy służbowej, niekiedy wyjawieniem kłopotów z pamięcią ("w naszym zawodzie nie jest dobrze pamiętać zbyt wiele") a zakończony odesłaniem natręta do kogokolwiek bądź innego, czyli od Annasza do Kajfasza. Z rozmaitych dwuznaczności czy niedopowiedzeń podczas trwającej w nieskończoność wędrówki korytarzami, można było wysnuć wniosek, że wbrew pozorom w owym Gmachu nic jednak nie działo się przypadkiem – każdy krok nowicjusza był przedmiotem pedantycznych przygotowań, a zarazem, oczywiście, drobiazgowego śledztwa. Nikt w nim nie był sobą, każdy miał swoją legendę i grał przydzieloną mu rolę, bo też zdarzało się bohaterowi przyłapać kogoś na tym, że podczas niby to spontanicznie zorganizowanej pijatyki górny brzeg szklanki znienacka wciął mu się w masę plastyczną doklejonej części orlego nosa ("Dziwne też wydawało mi się nadzwyczajne rozochocenie tych ludzi, nieusprawiedliwione kilkoma ledwo kolejkami").
Bystry młody wywiadowca doskonale zdawał sobie sprawę, że samowolne opuszczenie gmachu nie jest możliwe – daleko by nie uszedł. Tymczasem tutaj? – wchodził wszędzie, gdzie miał dostęp, a na dodatek dopiero co poznani koledzy zwierzali mu najintymniejsze przeniewierstwa wobec Gmachu ("Kiedy wszyscy są wariatami, nikt nie jest wariatem") inteligentnie je uzasadniając przemożną potrzebą zachowania resztek osobistej godności. Przy tym delikatnie napomykali, że ew. przegrana w nieustającym wyścigu z donosami na innych, może mieć dla marudera nieodwracalne skutki.
Żeby nie tracić kontaktu z rzeczywistością ("to, co tu na jednym szczeblu jest rozmową lub żartem, na innym okazuje się wdrożonym postępowaniem, na jeszcze innym – rozgrywką Wydziałów") bohater podjął odważną próbę spisywania przebiegu kolejnych dni. Groziło to surowymi sankcjami, okazało się jednak zbawienne. Dla żółtodzioba błąkającego się w pokrętnych trzewiach instytucjonalnego molocha jego pamiętnik stał się ostatnią deską ratunku.
Długo jeszcze można by wyliczać podobne tropy zaczerpnięte z tej powieści. Stanisław Lem okazał się w niej nie tylko mistrzem aluzyjnej prowokacji, ale i kustoszem najwartościowszych tradycji europejskiej prozy, poczynając od podążania za motywami obecnymi w twórczości gigantów pióra jak Szekspir, Calderon czy Kafka, ale też prozaików z naszego podwórka: Stanisława Ignacego Witkiewicza, Brunona Schulza, Witolda Gombrowicza, Tadeusza Brezy. Pojemna metaforyka Lema zawarta w "Pamiętniku znalezionym w wannie", osiągnęła szczególne zabarwienie emocjonalne, lokując akcję powieści na pograniczu gatunkowym, przez znawców przedmiotu określanym mianem fantastyki buffo.
Książka ukazała się pięć lat po poluźnieniu ideologicznego gorsetu w październiku 1956 roku. Krajem ponownie rządziła jedynie słuszna idea z kremlowskiego nadania, gorliwie wprowadzana w życie przez pierwszego sekretarza partii, towarzysza Władysława Gomułkę, nazywanego zegarmistrzem (bo wciąż jeździł po wskazówki do Moskwy) i sypiał w kuchni (bo walczył o pokój). Polska proza trwała w letargu, z którego (poza pozycjami dziecięco-młodzieżowymi czy podróżniczymi) wyłamali się zaledwie: Sławomir Mrożek "Ucieczką na południe", Wilhelm Mach "Górami nad czarnym morzem" oraz Stanisław Lem, z czterema pozycjami: "Księga robotów", "Pamiętnik znaleziony w wannie", "Powrót z gwiazd", "Solaris".
Nie trzeba być ekspertem rynku wydawniczego, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, które z tych książek są nadal wznawiane, czytane, tłumaczone na obce języki i gorąco dyskutowane (nie tylko w gronie historyków czy teoretyków literatury). Fenomen i siła twórczości Stanisława Lema polega na tym, że pisarz znalazł szyfr ("Szyfr powinien przypominać wszystko z wyjątkiem szyfru") czyli najwłaściwszy sposób opisu świata, w jakim się przyszło nam żyć, a czego nie dojrzy oko nadgorliwego kontrolera. Oczywiście jest to odwzorowanie dalece nie wprost, co nie zmienia faktu, że pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie potrafimy się w tej prozie odnaleźć.