Stawiana w filmie diagnoza podzielonego ideologicznie społeczeństwa jest bardzo brutalna, ale oskarżenia Komasa rzuca nie tylko na tych, którzy wprowadzają reżim, ale i na liberalne elity, bo to ich niewrażliwość na innego i niechęć do rozmowy stały się fundamentem brutalnej rewolucji. Mimo że Rocznica jest filmem skromnym, zrealizowanym w kilku lokacjach i świadomie ograniczonym do jednej grupy bohaterów, wpisuje się w ten sam kinowy nurt, na jaki w ostatnich latach składały się Jedna bitwa po drugiej Paula Thomasa Andersona, Civil War Alexa Garlanda, serialowa Opowieść podręcznej czy siódmy sezon American Horror Story, w którym Donald Trump stawał się bohaterem politycznego horroru – słowem: produkcji z jednej strony ostrzegających przed radykalizacją, z drugiej zaś próbujących zrozumieć jej źródła.
Stawiający swój pierwszy (na razie, bo już czekamy na kolejną anglojęzyczną fabułę – Dobrego chłopca ze Stephenem Grahamem) zagraniczny krok Komasa pozostaje wierny własnemu artystycznemu DNA. W Rocznicy znów stara się wyczuwać puls współczesnego świata, tak jak przed laty robił to w Sali samobójców, później w Bożym Ciele i – zwłaszcza – Hejterze. Dziś w ten sam sposób mówi o globalnym kryzysie demokracji, a na ekranie dokonuje filmowej biopsji, a ta reżyserska konsekwencja wyraźnie popłaca. Oglądając Rocznicę, ani przez chwilę nie mamy bowiem poczucia, że oto reżyser spłaca trybut dla Hollywood, zapominając o stylu, który zapewnił mu międzynarodową rozpoznawalność (uczucie takie towarzyszyło choćby Infinite Storm, anglojęzycznemu filmowi Małgorzaty Szumowskiej). Komasa nie próbuje wpasować się w amerykańskie kino, ale wchodzi do niego jako pełnoprawny autor i osobowość.