Mój kontakt z rybnym żywiołem, że pozwolę sobie na osobistą refleksję, datuje się od wczesnego dzieciństwa, kiedy to codziennie oglądałem domowe akwarium z jego migotliwie barwnym, pływającym stanem posiadania: neonkami, skalarami, mieczykami, welonkami. Doświadczenie wędkarskie miałem natomiast krótkie, podyktowane okolicznościami natury szkolno-koleżeńskiej i – żeby być w zgodzie z sumieniem – po części kłusownicze, toteż później miałem sobie wiele do zarzucenia, a łowieckiej żyłki wyzbyłem się raz na zawsze. Stąd też do lektury "Srebra ryb" Krzysztofa Środy podchodziłem z pewnym wewnętrznym oporem, który w miarę czytania słabł z każdą chwilą, żeby szybko rozpłynąć się w nicość.
Wcześniej podobne odczucia towarzyszyły mi przy lekturze wspomnianej przez autora książki "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla czy też przy wędkarskich opowiadaniach Kornela Filipowicza, chociaż tego pisarza autor "Srebra ryb" akurat nie wymienia. Filipowicz, Pavel, Środa – wszyscy trzej przyswoili sobie umiejętność ukazywania zdrowego ducha łowieckiej przygody w sposób tak sugestywny, że opis dreszczu emocji, jaki towarzyszył podrywaniu wędki z połyskliwą, trzepoczącą się na żyłce zdobyczą, w okamgnieniu udzielał się czytelnikowi.
Do tego zestawu trzeba by jeszcze dopisać Jerzego Putramenta. Pisarz, mocno uwikłany w peerelowski system (w "Zniewolonym umyśle" Czesława Miłosza został przezeń opisany przez jako Gamma) uchodził za twórcę reżimowego, więc nie był czytany. Zdaniem Krzysztofa Środy niesłusznie – oparł się on bowiem na zapewnieniu starszego kolegi po piórze Zbigniewa Mentzla, że na czytelniczą uwagę Putrament jednak zasługuje. Na pewno w tych książkach, które jako zapalony wędkarz w dużej mierze poświęcił swojej rybołówczej pasji.
W poszukiwaniu jego książek Środa odwiedził kilka najbardziej obiecujących antykwariatów, gdzie jednak: "ani śladu »Czarnych sosen«. I właściwie ani śladu Putramenta, prawie tak, jakby go nigdy nie było. To się jednak nie opłaca – pomyślałem – bycie reżimowym literatem".
Odnalazł go dopiero w Bibliotece Narodowej. A na poparcie swoich słów przytoczył stosowny fragment z jego prozy:
Szczupak, gdy gębę otworzy, wygląda, owszem, przerażająco, okrutnie, zwierzęco. Nawet okoń z otwartym pyskiem nie ma w sobie nic sielankowego. Ale węgorz wcale nie wygląda zwierzęco. Jego pysk nie jest tylko okrutny. Jest w jego oczkach złość gorsza, bo przemieszana z czymś, co wygląda na rozum. Kto zechce malować diabła, niech się przedtem przyjrzy pyskowi żywego węgorza.
Najciekawiej wypada jednak komentarz Krzysztofa Środy: "Złość gorsza, bo przemieszana z czymś, co wygląda na rozum… Mocne. Tego się nie da wymyślić. To rzeczywiście trzeba zobaczyć". I dodaje: "A przecież Jerzy Putrament nie wierzył w diabła, tak jak nie wierzył w Boga. Więc nie mógł spotkać ani jednego, ani drugiego. Tak, musiał widzieć takie oczy gdzie indziej". Koncept, doprawdy, godny filozofa, którym autor "Srebra ryb" niewątpliwie jest.
I taka też jest cała jego książka, kipiąca od literackich aluzji i erudycyjnych odniesień. Autor wspomina również inną, równie czarną legendę węgorza, jaką Günter Grass zapewnił mu w "Blaszanym bębenku", a reżyser Volker Schlöndorff – w przeniesieniu tej powieści na ekran. Po czym Krzysztof Środa odkrywa niewątpliwą wrażliwość duszy Jerzego Putramenta, gdy ten próbował wejść w położenie ryby:
Wyobraźcie sobie noc na dnie jeziora, ciemność absolutną, zimno, ciszę. W tej ciemności, zimnie, ciszy snują się żarłoczne, wielkopyskie potwory, sumy albo żmijookie węgorze. Mała rybka chowa się za muszlą czy ogryzkiem gałęzi: jej sen pełen jest strachów, jak sen dziecka, ale jak najbardziej realnych. Czasem myślę, że te strachy senne, które pamiętam z dzieciństwa, strachy bezprzedmiotowe, rodzące się w ciemności, są jakimś spadkiem po wspólnych przodkach, są wyniesione z nocy morskiego dna.
Też mocne i, przynajmniej intuicyjnie, bardziej przekonujące – zauważa Środa – niż wywody uczonych o genach, które dzielimy z rybami. Z ich najwidoczniejszym przejawem u ludzi: wodami płodowymi. "Możemy szukać w sobie wewnętrznej ryby" – dodaje, snując wątek rozwoju ludzkiego embriona, którego rozwój w gigantycznym skrócie czasowym niemal odtwarza przebieg ewolucji Ziemi.
Barwny język rybackich gawęd uzupełniają wykonane przez autora czarno-białe zdjęcia, choć ich zamieszczenie w książce wydało mi się niepotrzebnym zgrzytem. Sam autor przyznawał bowiem, że istota wdzięku ryb zawiera się w pląsach ich opływowych ciał. Ciał zanurzonych w wodzie, a więc żywych – o lśniących łuskach i błyszczących oczach.
Wydobyte z wody, leżące w szeregach bądź stosach na straganach, z otwartymi pyskami, zmatowiałymi łuskami i zmętniałymi oczami, piękne przestały być sporą chwilę temu. Nie ma w nich za grosz powabu, przeciwnie stanowią już wyłącznie wystawiony na sprzedaż towar. I nic już tego smutnego faktu nie zmieni, nawet opisana przez Olgę Tokarczuk w powieści "Prowadź swój pług przez kości umarłych" tradycja myśliwskich pokotów, dokumentowana przez nich znacznie bardziej drastycznymi zdjęciami.
Skoro jesteśmy przy tradycji, to warto wspomnieć o karpiu. Masywnie zbudowany karp może robić wrażenie ryby ociężałej i niemrawej. Doświadczeni rybacy twierdzą jednak, że karp widząc oka rozciągniętej sieci, potrafi uniknąć pułapki, kładąc się na samym dnie na boku i czekając, aż jej dolna krawędź się po nim prześliźnie.
Jest więc karp rybą godną nie tylko zainteresowania, ale i podziwu. Tym bardziej potępić należy praktykowany wciąż zwyczaj kupowania go w postaci żywej, a następnie trzymania w wypełnionej wodą wannie. Pomijając cierpienia, jakich doznaje stworzenie stłoczone wraz z pobratymcami w sklepowym basenie, a następnie przenoszone w plastikowej torebce do białej celi śmierci, wydaje się, że takie traktowanie dzielnej i mądrej ryby jest nie do przyjęcia również ze względów honorowych. Tym, którzy twierdzić będą, że to świetna okazja, by zachęcić dzieci do przyrodniczych obserwacji, powiedzieć trzeba, że smutny widok dogorywającego w wannie karpia nie nauczy nikogo szacunku dla istot, które chociaż mniej od nas rozumne, zdobią świat bardziej od niektórych przedstawicieli naszego własnego gatunku.
"Srebro ryb" Krzysztofa Środy daje wgląd w zadziwiające zwyczaje wszelakich stworzeń wodnych, oddychających za pomocą skrzeli. Bez względu na osobisty stosunek czytelnika do kwestii łowów czy połowów, mogę go zapewnić, że nie tylko moczykije odnajdą na stronach tej książki wiele wciągających opowieści, przy których niejedno serce żywiej zabije. Zwięzła, wcale nie podręcznikowa wiedza o obyczajach licznych gatunków ryb, z jakimi autor książki miał do czynienia – u nas, w delcie Wołgi i wielu jeszcze bardziej egzotycznych miejscach – potrafi zaimponować, nie tylko takiemu wędkarskiemu laikowi jak ja.
Krzysztof Środa
"Srebro ryb"
wydawnictwo: Czarne, Wołowiec 2019
projekt okładki: Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka
okładka: twarda
wymiary: 110 × 180 mm
liczba stron: 184
ISBN: 978-83-8049-871-6
ISBN: 978-83-8049-881-5 (e-book)