Pasję widać także w konstrukcji zdań (precyzyjnych i jednocześnie zalotnych), w sposobie budowania napięcia, równowadze między chwytliwą anegdotą a rzetelną analizą faktów, wreszcie w bezpośredniej konfrontacji opinii rozmówców. Styl Wasielewskiej, pełen zaangażowania i dociekliwości, pozwala rozbudzić ciekawość u czytelnika nawet sceptycznie nastawionego do technicznych niuansów języka informatyki. Nie zważając na temat, jest to po prostu dobrze opowiedziana historia, którą chce się odkrywać wraz z autorką.
Przyspieszony kurs informatyki zaczyna się od rzutu okiem na dokonania amerykańskich i brytyjskich prekursorek. O "kilodziewczynach" i "gejmerkach", czyli o kobiecym obliczu Internetu szerzej pisze w swojej książce wspomniana już Claire L. Evans. Odpowiedź polskich "Cyfrodziewczyn" jest nie mniej zajmująca, a chyba jeszcze bardziej nieznana. Wasielewska pełni tutaj funkcję archeologa pamięci – wydobywa na wierzch zapomniane lub przemilczane zdarzenia, dotychczas bezimiennej herstorii nadaje wyraźne rysy twarzy.
Opowieść zaczyna się w latach 50. i gładko płynie przez kolejne modele komputerów (od XYZ po Odry) i języki programowania (od SAKO do Loglanu). Owszem, jest tu trochę specjalistycznej terminologii, ale nieobezwładniającej umysłu laika. Przede wszystkim jest to opowieść o nich: matematyczkach, konstruktorkach, programistkach, ekspertkach, menedżerkach. Albo inaczej: o kobietach, przyjaciółkach, matkach i żonach, ambitnych idealistkach i skromnych realistkach. Ta dziewczynka, która samodzielnie złożyła radio – a na pewno "coś, co działało" – to Elżbieta Płóciennik, "Bestia" i legenda środowiska informatycznego w Paryżu. Jeden z jej produktów do dziś sprzedaje IBM. W latach 70. była dyrektorką zespołu w warszawskim Instytucie Maszyn Matematycznych – wówczas bardzo sfeminizowanym. Wspomina: "Kiedy wyjeżdżałam do Francji i miałam znaleźć kogoś na swoje miejsce, pomyślałam: »Nie wezmę żadnej kobiety, trzeba dać szansę jakiemuś facetowi«".