Niewielki format obrazu, przy zachowaniu typowego dla dojrzałego stylu Matejki nagromadzenia stłoczonych wokół siebie postaci i detalicznego odtwarzania szczegółów scenerii zamiast ich syntetyzowania, sprawił, że cechy jego malarskiego stylu zostały jeszcze spotęgowane. Po pierwszym pokazie w Krakowie, jak pisał Stanisław Tarnowski, zarzucano więc obrazowi, że "natłok figur i zamieszanie między nimi takie, iż jednej od drugiej trudno rozróżnić, że wszystkie przygniata i dusi zamek widziany w perspektywie źle utrafionej, że jest wielkie nadużycie i wielka dysharmonia kolorów, że wszystko żółte." Przez krytykę francuską obraz eksponowany w jednej z bocznych sal na Salonie 1875 nie był szeroko omawiany, w nielicznych wzmiankach powracało zaś echo zarzutów z Krakowa. Gustave Le Vavasseur pisał: "Wydaje się, że treść obrazu wtłacza się tu do oczu, że słyszymy piekielne bicie tego nowego, tak błyszczącego dzwonu. [...] Pierwszym odruchem widza [...] jest zatkanie sobie uszu."
"Zawieszenie dzwonu Zygmunta" zakupione zostało w rok po ukończeniu przez hrabinę z Lenkiewiczów Walewską. Przez kilka dziesięcioleci obraz znajdował się w zbiorach prywatnych, w międzywojniu zdeponowany został w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych. W roku 1940 razem z resztą zbiorów TZSP znalazł się w gmachu Muzeum Narodowego w Warszawie, skąd wywieźli go naziści. Do muzeum wrócił rewindykowany tuż po zakończeniu wojny.
"Gdyby mi Zygmunt mógł za dzwonić, to byłoby mi miło...", miał krótko przed śmiercią powiedzieć artysta do żony. Jego życzenie się spełniło. Niecałe dwie dekady po namalowaniu obrazu dzwon rozbrzmiał w Krakowie w dniu pogrzebu Matejki.